Prawdziwa zimowa praca

Można by pomyśleć, że zima podczas której da się trenować jedynie na hali jest dla wkkwisty mniej pracowitym okresem w sezonie jeździeckim. Tymczasem okazuje się, że gdy skończą się zawody wkkw rozpoczyna się największa praca nie tylko skoncentrowana na koniu, lecz także na jeźdźcu…

Cieszę się, że zaczekałam do dzisiaj z napisaniem postu, ponieważ w poniedziałek po jeździe dominowały we mnie raczej negatywne emocje, tymczasem dzisiaj znacznie mi się poprawiło. W poniedziałek miałam pierwszy prawdziwy trening skokowy na Rudym, a przy okazji chyba drugi mój od zawodów w Strzegomiu. Te dwie kwestie złożyły się na niezbyt udany trening :(

Ćwiczenia które wykonywałam podczas tego treningu nie były bynajmniej skomplikowane. Właściwie pan Łukasz specjalnie wybrał akurat szereg gimnastyczny, żebym nie musiała nic innego robić oprócz składania się do skoku. Tak jak już wspominałam zaczęła się zima i tak jak w sezonie, kiedy to na zawody jeździ się prawie co dwa tygodnie nonstop, a są one jedynym sprawdzeniem umiejętności, tak teraz nareszcie można naprawdę skupić się na pracy. Trenejro rozpoczął swój plan nauki od mojego dosiadu… i okazało się, że jest prawie zupełnie zły. Oprócz problemów w dosiadzie ujeżdżeniowym (nogi za bardzo z przodu, plecy zaokrąglone, brzuch bardziej wypięty do przodu itp) doszedł jeszcze półsiad zarówno w galopie jak i w skoku. Niestety w moim przypadku zostałam źle nauczona, co skutkuje złymi nawykami, które o wiele trudniej jest wykorzenić niż po prostu nauczyć od nowa. Z tego powodu już byłam trochę podminowana, a do tego doszedł jeszcze Chenaro, który tak poprawia zadem, że człowieka zupełnie wywala z siodła- spotęgował moje uczucie „nic nieumienia” :(

Przy małych przeszkodach nie było jeszcze tragedii, lecz gdy podchodziły one już pod metr mój dosiad stał się dużym problemem. W sumie nie jestem wam w stanie powiedzieć co źle robię, bo sama tego nie czuję (muszę załatwić kogoś do nagrania mnie!!!). Jedyne co wiem to to, że za bardzo wstaję w strzemionach (ale może to być spowodowane tym, że trener wydłużył mi strzemiona do skoków o dwie dziurki, więc po prostu muszę się przyzwyczaić), za bardzo się cofam przy lądowaniu- tak jakby to był zeskok 2 metry w dół (to już wcześniej wiedziałam) i ogólnie jak to ujął pan Łukasz „za dużo się ruszam”.

Po tamtej jeździe tłumaczyłam sobie, że jeszcze musimy się zgrać… i myślałam że przynajmniej na Sojuzie będzie dobrze, myliłam się. Na Sojuzie było nawet gorzej ponieważ nie dość że źle siedziałam to jeszcze odgrywał jakieś szalone, zupełnie niekontrolowane dzidy. Na przykład pamiętam taka jedną akcję gdy właśnie po skoczeniu pojedynczej stacjonaty nagle Smok wystartował i wtedy miałam taką fajną rozkminę: czy pociągnąć za wodze—–> nie, bo znowu trener powie, że mam łokcie za plecami i to dlatego Sojuz ucieka, czy zabrać się z koniem i objąć go łydkami tak jak trener wcześniej mówił—–> ale wtedy będę tak galopować w nieskończoność… Wybrałam więc trzecią opcję czyli telefon do przyjaciela :P Zapytałam się pana Łukasza co zrobić: objąć łydkami i zrobić kilka krótki mocnych półparad.

Jak już mówiłam na szczęście zaczekałam z wpisem do dzisiaj kiedy to miałam kolejny trening skokowy. Założenie było żeby pojeździć przez drągi i może skoczyć coś małego :P Podczas dzisiejszej jazdy prawie cały czas rozkminiałam co zrobić żeby lepiej siedzieć. Ogólnie pan Łukasz cały czas powtarza żebym ciągnęła pięty do ziemi, biodra miała z tyłu i głowę skierowaną do góry tak by plecy ułożyły się w lekką kaczuszkę i łokcie blisko ciała, ciągnęła jakby do kolan. Trochę dużo do zapamiętania jak na może dwie sekundy lotu nad przeszkodą. Dlatego właśnie myślałam jakby to zrobić żebym na przykład nie odchylała się tak na lądowaniu (nie powiedziałam tego wcześniej ale to też trochę wyszło z tego, że Rudy jeżeli nie jest podparty łydką po skoku to potrafi sobie podbryknąć :P) stwierdziłam więc, że będę starać się trzymać ręce cały czas blisko grzywy (i działało) :)

Po ćwiczeniu z drągami po łuku i stacjonatką, które przejechałam chyba z milion razy w półsiadzie przeszliśmy już do pojedynczych skoków, czyli stacjonatki z podmurówką i okserka z rowem. Na początku mi się Rudy trochę zawahał, więc musiałam mocniej zadziałać, ale ogólnie skakało bardzo dobrze. Co dziwne w większości przypadków pasował mi dystans do przeszkody, więc chociaż z tym nie było problemu. Przy niektórych skokach nadal trochę traciłam równowagę, aczkolwiek o wiele mniej niż w poniedziałek. Wydaje mi się, że nawet ta jedna jazda już wiele dała mojemu ciału w przyzwyczajaniu się do nowego rumaka, zobaczymy jak będzie dalej, ale po dzisiejszej jeździe jestem pełna optymizmu (w sumie muszę bo za dwa tugodnie jadę zawody skokowe :P).

Opublikowano Dzień jak codzień... | Otagowano , , | 5 komentarzy

Zdecydowanie udany dzień :D

Wczorajszego wieczoru postanowiłam (zresztą bardzo ambitnie), że dzisiaj będę w stajni o 8.00 rano żeby obrobić zgrabnie koniki i mieć resztę dnia na naukę. Ponieważ Trener jest na zawodach sama muszę ogarnąć CO będę robić na treningu, co jest pewnym minusem, ale plus jest taki, że nie muszę zaczynać treningu o konkretnej godzinie… Oczywiście, jak to zwykle bywa o 8.30 zwlokłam się dopiero z łóżka, a do stajni dotarłam dopiero koło 10.00 (od razu mówię, że co do nauki też mi nie wyszło :P). W związku z piątkowym i sobotnim ujeżdżeniem stwierdziłam, że dzisiaj czas poćwiczyć coś innego i idealnie się złożyło, bo na hali było mnóstwo bardzo fajnie ułożonych drągów. Na pierwszy ogień wybrałam Sojuza, gdyż mniej więcej wiedziałam jak ma wyglądać nasz trening. Ogólnie chciałam, żeby trochę odpoczął psychicznie, po prostu pobiegał, no i przy tym miał się też rozluźnić (czego nie udawało się osiągnąć przez ostatnie jazdy). W związku z tym rozgrzewka nie była zbyt skomplikowana, jedynie przejścia i przejazdy przez drągi. Prawdziwa praca zaczęła się w galopie. Zaczęliśmy od pojedynczych drągów i cavaletek, przy czym często robiłam przejścia żeby Sojuz był w miarę lekki na przodzie. Następnie pojeździłam chwilę przez drągi na 14 metrów (na cztery fule). Na początku nie było to łatwe, szczególnie, że jeździłam w stronę wyjścia, dlatego pokonywałam te drągi po kilka razy aż zaczęło wychodzić. Po tym przeszłam do kolejnego ćwiczenia (obawiałam się że jak za długo będę wykonywać to samo zadanie w końcu się znudzi przez co przestanie wychodzić- nauczyłam się tego na Timonie :P). Zajęłam się trzema cavaletkami na galop po ósemce tak, żeby na ostatnim drągu zmieniać nogi. Muszę przyznać, że Sojuz ma podobny problem co ja- też nie jest wielofunkcyjny :P Dopiero po więcej niż kilku powtórzeniach zmobilizował się na tyle żeby ogarnąć zmianę nogi i podniesienie tylnych nóg tak by nie przewrócić cavaletki. Na koniec przeszliśmy do fajnie ustawionych drągach po łuku: 5 drągów z czego 3 cavaletki pomiędzy którymi była jedna fula. Tak jak się spodziewałam, o ile dobrze wjechałam Smoczek nie miała z nimi żadnego problemu (może trochę się usztywniał). Wreszcie po skończeniu tych ćwiczeń udało mi się uzyskać zamierzony cel- Sojuz w końcu zszedł z głową, rozluźnił się dzięki czemu zaczął prawidłowo pracować szyją i plecami (możliwe, że po prostu bardzo chciał już skończyć trening :P). Co prawda powinien tak pracować od początku jazdy, ale lepsze to niż nic :) Przez ten cały czas pracowałam głównie w galopie i dopiero gdy kończąc trening przeszłam już do stępa skapnęłam się jak bardzo Sojuz jest mokry… Wygląda na to, że nieubłaganie zbliża się moment golenia… :P Następnego wzięłam Chenaro też na drągi ale trochę mniej wysiłkowe. Miałam co prawda przez cały czas nieobecności pana Łukasza jeździć ujeżdżenie, ale naprawdę nie miałam do tego weny, a z resztą jak mamy się dogadywać to nieważne w jakim siodle. Czasami stanie w stajni pierwszej od wejścia na Hipodrom potrafi być upierdliwe. Bardzo często wchodzą do niej jacyś zwiedzający, na szczęście zazwyczaj są oni bardzo mili i chcą jedynie pogłaskać konika czy dać mu jabłuszko, ale zdarzają się i ludzie niezbyt przyjemni. Dzisiaj akurat mi się pofarciło ponieważ podczas gdy siodłałam Czarka weszli do naszej stajni rodzicie z dzieckiem z torbą pełną jabłek. Zachęciłam dziewczynkę żeby dała Timonowi jedno, a potem sama dałam kolejne Chenaro, a w zamian za pokazanie koników i poprowadzenie do stajni z kucykami dostałam torbę z  – jak to ta pani ujęła – „jabłkami prosto z sadu” :) Nie dość, że udało mi się kupić 10 kilo marchewek za 2 zł to jeszcze pozyskałam pyszne jabłka, koniki będą zachwycone, jak widać na zdjęciu poniżej :D 1911704_10202884893387707_2086933560175863718_n (1) Wracając do treningu na rudym, ostatnio dużo rozkminiałam nad sposobem jazdy jakiego został Czarek nauczony i ta jazda miała być czymś w stylu eksperymentu. Sposobem na to było oglądanie filmów z zawodów Rudego z tego roku. Podglądałam jak poprzednia zawodniczka używała pomocy i doszłam do wniosku, że robiła to trochę inaczej niż my mamy to w zwyczaju.   Wcześniej próbowałam na Czarku jeździć podobnie do tego jak jeżdżę Timona, czyli wysoko ręka i krótkie półparady. Potem Trenejro powiedział żebym trzymała rękę równo niestety nadal nie specjalnie nam wychodziło. Dzisiaj od początku miałam nisko ręce prawie tuż przy grzywie, dzięki czemu łatwiej było mi utrzymywać stabilny kontakt, a półparady robiłam jakby w zwolnionym tempie. Muszę wam powiedzieć, że już dawno nie miałam tak dobrego treningu :D Nareszcie udało mi się by Rudy się zaokrąglił, rozluźnił i stał się bardziej przepuszczalny w pysku (z czym wcześniej miałam największy problem). Okazało się, że jeżeli się już to uzyskało to wszystko staje się prostsze i przyjemniejsze :D Można by pomyśleć, że przesładzam sprawę, dlatego od razu zaznaczę, że nie był to trening idealny, ale naprawdę było super. Szczególnie fajnego uczucia doświadczyłam w galopie przejeżdżając przez cavaletki. Czasami gdy chciałam skrócić galop Czarek przechodził mi do kłusa, dlatego musiałam pamiętać żeby przy tym ruchu dawać więcej łydki, ale gdy już był zaokrąglony, ładnie pracował plecami i jeżeli się go zebrało i pasowała odległość potrafił tak wyskoczyć z grzbietu nad tym drągiem, że aż mnie wyrzucało :P Jak o tym pomyślę, to uśmiech ciśnie mi się na usta :D

Opublikowano Dzień jak codzień... | 12 komentarzy

Prośba o zagłosowanie na Łukasza Kaźmierczaka!

Mam do was gorącą prośbę! Zagłosujcie proszę na Łukasza Kaźmierczaka w głosowaniu Cavaliady (link poniżej, pierwszy post) żeby dostał tzw „dziką kartę” na start w skokowej Cavaliadzie w Poznaniu. Dzika karta pozwala zawodnikowi na start w zawodach nawet jeśli nie udało mu się zagrać w spoób formalny.

https://www.facebook.com/events/893203194041041/?fref=ts

Trener ma obecnie 100 głosów, myślę, że potrzebuje jeszcze co najmniej 300. Bardzo mi zależy więc proszę Was o pomoc! Jest nas tak dużo, że myślę, że może nam się razem udać!

Czas na głosowanie jest do niedzieli do 22.00, więc trzeba działać szybko! Jeśli możecie udostępniajcie też głosowanie na swoich fb! DZIĘKI!

 

 

Opublikowano Dzień jak codzień... | 4 komentarzy

Nowy członek rodziny <3

Chciałabym Wam przedstawić kogoś wyjątkowego – 5cio letniego kasztana o imieniu Chenaro – który w tym tygodniu zawitał w naszej stajni. Kasztan dołączył do moich dwóch gniadoszków, aby pomóc mi osiągnąć marzenia sportowe/jeździeckie w nadchodzących sezonach.

Czarek – bo taką ksywkę już mu nadałam – przez parę dni zapoznawał się z nowym miejscem i głównie spacerował. Dziś wreszcie nadszedł dzień zapoznania się z kasztanem z siodła, w związku z czym był to jedynie trening zapoznawczy. Nie miałam okazji wcześniej na nim jeździć, dlatego moje wrażenia opisuję na gorąco!

Pierwsze co wpadło mi do głowy gdy wsiadłam na Czarka była myśl: „Jakie on ma małe uszy!” :P I rzeczywiście kontrast jest ogromny w stosunku np. do Sojuza, który ma je gigantyczne, a zresztą również i do Timona- ten z kolei ma strasznie je owłosione :P Oczywiście wiadomo, że musimy się jeszcze poznać, ale tak na pierwszy rzut oka ten młody kasztanek wydaje się być bardzo przyjemnym konisiem. Z tego co zauważyłam Chenaro jest równie milusiński jak Scotty (chyba, że chodziło mu o marchewkę :P), ale za to sprawia wrażenie spokojniejszego od Scottiego.

Co do samej jazdy już od momentu wsiąścia na tego konia czułam jak fajnie pcha się zadem, ponadto ma jeszcze bardzo długi wykrok co razem daje wrażenie jakby plastyczności i płynności chodów. Na początku troszkę się spinał, na szczęście po galopie udało mi się kucyka sprowokować do zejścia głową na dół. Czarek jest bardzo dobrze ujeżdżony potrafi robić łopatki, trawersy, ustępowania, co prawda był jeżdżony trochę inną techniką, więc zarówno ja jak i on będziemy się musieli do siebie dopasować, ale punkt startowy wydaje się bardzo dobry. Tym co zapamiętałam najbardziej z naszej wspólnej jazdy było galop. Mogę śmiało stwierdzić, że jest to najlepszy galop jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Przez to, że Chenaro tak pcha się zadem, każda fula wydaje się tak lekka, jak gdyby się wręcz leciało :D

Po galopach myślałam, że będzie to już koniec jazdy, szczególnie że miałam na sobie siodło ujeżdżeniowe, więc nie dało się zbytnio nic więcej zrobić… a jednak było to możliwe. Pan Łukasz bardzo chciał żebym doświadczyła skoków na Czarku jeszcze tego samego wieczora, więc ustawił mi krzyżaczek, który stopniowo podwyższał aż do stacjonaty koło metra. Muszę przyznać, że było tak jak mówił Trenejro. Gdy dojeżdżałam równym tempem nie przyśpieszając ani trochę kucyka – skakał wręcz sam. Zaimponował mi też swoim refleksem i samoinicjatywą- nawet jeżeli odległość nie pasowała odbicie się z piątej nogi nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Co do samego uczucia w skoku- ciężko mi ocenić ponieważ podczas tej jazdy bardziej skupiałam się na tym, żeby utrzymać się w siodle (nie polecam skakać w siodle ujeżdżeniowym) niż na ocenie konia. Jednak udało mi się zauważyć, że kucyk jest silny, ładnie baskiluje i czasami umie tak poprawić zadem, że człowieka aż wyrzuca :P

Jako niespodziankę mam dla Was film z tego naszego pierwszego zapoznania. A ponieważ w życiu nie mogą być same przyjemności, muszę teraz iść się uczyć geografii. Dajcie znać jak Wam się podoba mój nowy kucyś?

Opublikowano Dzień jak codzień... | 39 komentarzy

Weekend z końmi :)

Podczas ostatniego weekendu (zaliczając piątek po szkole) spędziłam w stajni ponad 16 godzin i bynajmniej nie zajmowałam się głównie jeżdżeniem :P Jak już pewnie wiecie w Sopocie odbywały się ogólnopolskie zawody skokowe, które miałam okazję sobie z przyjemnością pooglądać. Z naszej ekipy startowały w nich Helena i Bolina w klasach P i N, Agata na swoim „Mustangu”, Olimpia na dwóch koniach i Trenejro na Borci w Dużej Rundzie- 140cm. Ja nie brałam udziały głównie z powodu mojej świątecznej przerwy kiedy to nie jeździłam 5 dni… ale na następne się już wybieram :)

Pan Łukasz miał te dni bardzo pracowite- musiał przyjeżdżać na około 7.30 rano, bo konkurs Olimpi się wtedy zaczynał i zostawał w stajni aż do 20.30, kiedy to zwykle kończył swój przejazd, praktycznie w ogóle nie wychodząc z hali. W związku z tym sama musiałam się zająć moimi kucykami. W sumie muszę przyznać, że nie robiłam na nich niczego specjalnego, szczególnie że miałam do dyspozycji jedynie plac na dworze (zimno, wietrznie), albo małą halę szkółkową nazywaną „stodołą”. W piątek na Timim zrobiłam sobie jazdę zapoznawczą, ponieważ nie jeździłam na nim już od dłuższego czasu. Jak już mówiłam nic specjalnego, przejścia, kółka trochę łopatek. Na szczęście gdy wychodziłam ze stodoły byłam zmuszona zsiąść z Timsona, żeby założyć mu derkę i wyłączyć światło. „Na szczęście” ponieważ jak tylko znalazłam się na dworze od razu zaczął wariować. Nie wiem czy to taki był dzień, czy może to przez wiatr, ale Scotty zachowywał się jak ogier-caplowanie, ogon w górę, furczenie…

Przed jazdą na Sojuzie zdałam sobie sprawę z tego, że cały czas wałkuję na nim to ujeżdżenie, dlatego tym razem chciałam zabrać go na tor i po prostu pogalopować. W końcu miałby okazję odpocząć troszkę psychicznie, rozprostować końcu i wreszcie się wybiegać. Byłby to świetny pomysł gdyby nie to, że trafiłam na zły dzień :P W kłusie jeszcze dało się spokojnie pojeździć, lecz po zagalopowaniu Sojuzowi zapaliła się w głowie lampka „dzida!” :P Na szczęście nie zaćmiła mu zupełnie rozumu, więc gdy za bardzo ciągnął udawało mi się go zatrzymać. Ostatnio zauważyłam, że gdy tylko wieje silniejszy wiatr Smok od razu zaczyna wariować. Możliwe, że po prostu odbiera za dużo bodźców (szumiące drzewa, powiewająca trawa, szum w uszach) na co najlepszą reakcją jest ucieczka. W każdym razie gdy wracałam do stajni czułam się jakby to była powtórka z rozrywki. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, że potrafi się zachowywać jak młody ogier :P

Co do zawodów – muszę przyznać, że patrzenie na kilkadziesiąt przejazdów par, szczególnie jeśli większości się nie zna – jest dość nudne. Dlatego podczas całego trwania zawodów nie mogłam się doczekać konkursu z rozgrywką (wszystkie inne były zwykłe lub dwufazowe). Musiałam czekać aż do niedzieli na konkurs Grand Prix Dużej Rundy. Niestety nie dostałam jeszcze filmów, które nagrałam na kamerze pana Łukasza, ale jak je zdobędę to napiszę więcej o tym konkursie :)

A tu jest profesjonalnie nagrany przeze mnie film pana Łukasza na Borci :)

Opublikowano Dzień jak codzień... | 6 komentarzy

Praca przynosi efekty :)

Dzisiaj był to mój drugi trening po przerwie świątecznej, którą spędziłam z moją rodziną. Muszę przyznać, że te (zdawałoby się aż) pięć dni minęło mi zaskakująco szybko, nawet nie zdążyłam się nacieszyć rodzinką, a już trzeba było wyjeżdżać :( Na szczęście tutaj czekała na mnie moja druga końska rodzinka :)

Podczas mojej nieobecności kucyki były pod opieką Trenejra. Co do Timona to w sumie nie jeździłam na nim już dość długo, ale nie jest mi z tego powodu jakoś tęskno. Zdecydowanie wolę żeby teraz pan Łukasz nad nim trochę popracował, naprawił to co mi niefortunnie mogło się zdarzyć zepsuć, a tymczasem mnie w zupełności wystarczy kontakt z nim z ziemi :) Odnośnie Sojuza pan Łukasz powiedział, że zauważył poprawę od kiedy przyjechał do Sopotu. Moja praca nareszcie się opłaciła :P Szczerze mówiąc bardzo ucieszyła mnie ta pochwała, bo oznacza to, że nawet u konia o teoretycznie ugruntowanych umiejętnościach, który ma już swoje doświadczenia i nawyki da się jeszcze coś zmienić, poprawić. Zdecydowanie ta wiadomość dała mi motywację do dalszej pracy :D

Na ostatnich treningach głównie skupialiśmy się na jednoczesnym podstawieniu zadu i lekkim kontakcie. By to osiągnąć prawie całe jazdy poświęcone było przejściom- kłus stęp, galop kłus i stęp galop. Ostatnio zauważyłam, że Sojuz bardzo ładnie się rozluźnia i stabilizuje kontakt gdy zacznę trening od zatrzymań i lekkich cofań. Staram się wtedy działać bardziej dosiadem i ciałem niż ręką. Im częściej to robię tyłem lepiej Sojuz zaczyna rozpoznawać ruchy mojego ciała, dzięki temu mogę działać nim coraz subtelniej. Nie wiem czy już o tym wspominałam – tak jak przy zatrzymaniach czy przejściach do niższego chodu można ciałem się trochę odchylić – tak przy cofaniu powinno się lekko odciążyć siodło (minimalnie pochylając się do przodu). Takie „myki” na pewno ułatwiają koniowi rozpoznanie jakiego ruchu jeździec od niego oczekuje. Oczywiście co do Sojuza nie ma co się zachwycać bo to dopiero stęp, ale każdy postęp to motywacja :)

Podczas dzisiejszego treningu kluczowym punktem były przejścia galop-stęp. Wszystko zależy od konia ale zazwyczaj im większy on jest tym wyraźniejszych pomocy trzeba używać. Dlatego właśnie podczas wykonywania tego ćwiczenia musiałam się nieźle napracować zarówno podpierając konia łydką (szczególnie wewnętrzną) jak i pracując ciałem. Moim zadaniem było utrzymywać stosunkowo lekki kontakt i w przejściach jak najmniej działać rękoma. Z kolei Smoka celem było żeby przy przejściach „czekał na moje pomoce”, by cały czas był osadzony na zadzie, pozostawał w tym samym rytmie- aby te przejścia były bardziej w górę, niż do przodu (mam nadzieję, że wiecie o co chodzi bo ciężko jest to jeszcze inaczej wytłumaczyć :P).

Krótkie przejścia bardzo dobrze podstawiają konie, a do tego prowokują konie do rozluźniania i zaokrąglania się , a właśnie na tym zależało nam podczas jazdy na Sojuzie. Dlatego właśnie robiłam przejścia prawie non stop. Ważnym punktem było tez żeby kucyk trzymał się bardziej zewnętrznej wodzy przy wsparciu wewnętrznej łydki. Ideałem by było gdyby cały czas był ustawiony w łopatkę tak by zad zataczał większe koło, ale na to jeszcze mamy czas :P

 

Wiem, że dla konia tego kalibru nie było to łatwym zadaniem, ale w końcu się udało. Sojuz zrobił się lekki na pysku, co fajne mogłam mu oddać wodze, a ten w ogóle nie przyśpieszał, cały czas poruszał się w tym samym rytmie. Sojuz spełnił swoje zadanie, ale okazało się, że taka jego postawa wymaga ode mnie jeszcze więcej pracy. Skoro Smok nie niósł się już na wodzy, musiałam go wspierać w inny sposób co oznaczało jeszcze większą pracę łydek. Ałaaaa… :P

Opublikowano Dzień jak codzień... | 5 komentarzy

Wysoko mierząc :)

Wszystko zaczęło się od rozmowy z panem Łukaszem na temat postępów, które zrobił Timi podczas jego nieobecności. Mówiłam, że chłopczyk zaczął się ładnie skracać i że nie rozpędza się już na drągach itp. Postanowiliśmy więc to sprawdzić w praktyce :P Oczywiście zaczęliśmy trening od rozgrzeweczki, potem przeszliśmy do drągów w kłusie, a następnie w galopie. Moim zadaniem było zrobić jak najwięcej fuli pomiędzy trzema cavalettkami na skok-wyskok a pojedynczym drągiem pod kątem 90 stopni. Cały czas miałam mieć kontrolę na Timim, chodziło o to żeby on reagował na moje pomoce, miał zrobić tyle fuli ile ja chciałam, bo jest to podstawą do współpracy. Na początku bywało różnie z tą reakcją, czasami Timon nie chciał wykonywać poleceń, dlatego trzeba było go troszkę zdominować… i nagle wszystko stawało się prostsze (ah, ci mężczyźni… :P). Po pracy na drągach przeszliśmy do stacjonatek… z kłusa :( W miarę skakania przeszkoda zaczynała się robić coraz większa i większa, aż doszła do około metra. Do tego czasu Timi skakał super, tyle, że był lekki problem z ogarnięciem go po skoku, ponieważ zaczynał uciekać mi spod tyłka. Okazało się, że była to moja wina (oczywiście), ponieważ po skoku zamiast zostawać w półsiadzie traciłam równowagę przez co musiałam usiąść w siodło, najprawdopodobniej zbyt gwałtownie. Gdy już wszystko zaczęło fajnie wychodzić Trenejro zmienił taktykę – miałam jeździć linię na 7 fule złożoną z dwóch małych stacjonat z czego tą drugą regularnie podwyższał. W tym ćwiczeniu również miałam najeżdżać spokojnym galopem, żeby zmieścić pomiędzy przeszkodami jak najwięcej fuli. W miarę podwyższania się stacjonaty było to jednak coraz trudniejsze- myślenie Timiego: im wyżej tym szybciej. Po prostu zaczynał atakować te przeszkody, co równało się z brakiem kontroli. Do tego zdarzało mu się pędzić, podnosić łeb tym samym wbijając się jakby w wędzidło- zupełnie nie reagował na wodze. Na szczęście w związku z zawodami skokowymi w Sopocie, które w najbliższy weekend będzie jechał Timon pod Trenerem, teraz wziął go w obroty pan Łukasz, więc to jemu pozostaje kwestia poradzenia sobie z tym problemem :P Wracając do treningu, gdy stacjonata doszła do jakiś 1.30 odpuściliśmu już sobie zadanie żeby zrobić jak największą ilość fuli. Wtedy bardziej chodziło o to, żeby Timon pokazał na co go stać. Poza tym przy 7 fulach w linii do stacjonaty robiło się strasznie ciasno, przez co kucyk nie był w stanie oddać pełnego skoku- w takiej sytuacji przeszkoda była skazana na rozbiórkę :P Oprócz radzenia sobie z Timim musiałam też ogarniać samą siebie. Muszę przyznać, że trochę byłam zestresowana, a przy takich wysokościach to już każde usztywnienie, zaburzenie równowagi itd. może kosztować zrzutkę. Przeszkoda, którą widzieliście na filmie (za który bardzo dziękuję Weronice) była to ostateczna wysokość stacjonaty (poznaję, bo wtedy się tak jakoś dziwnie rzuciłam ciałem w skoku :P) było to około 1.40, czyli mój nowy rekord życiowy!!! Po tym skoku byłam bardzo zadowolona z Timiego (z siebie trochę mniej), więc uważałam że można by było zakończyć jazdę tym dobrym akcentem. Tymczasem ambicje Trenera poszły dalej, chciał żebym jeszcze przeskoczyła okser. Niestety dochodziła już wtedy godzina 16.00, więc na hali zaczynały się zbierać konie, co oznaczało, że musiała to być szybka akcja. Najpierw kilka razy skoczyłam okser koło 1.20, a potem doszedł on do 1.30. Ostateczną wersję skoczyłam jeszcze ze dwa razy, a ostatni skok i w moim i w Timka wykonaniu był super, więc na tym postanowiliśmy skończyć. Pan Łukasz świetnie podsumował nasz trening mówiąc z uznaniem o chłopczyku – „Będzie skakał” :D

Opublikowano Dzień jak codzień... | 12 komentarzy