Drugi dzień skokowy

Drugi dzień zawodów poszedłby nam genialnie gdyby nie… Sami zobaczcie co się zadziało na filmie :)

 

I tak jestem zadowolona z naszych przejazdów! A za tydzień kolejne zawody, tym razem także na Smoczysku!

Opublikowano Na zawodach | 8 komentarzy

Pierwsze starcia :P

Jak już pewnie wiecie aktualnie znajdujemy się na zawodach skokowych w Dąbrówce Małej gdzie dzisiaj rozegrało się moje i Czarka pierwsze wspólne starcie z parkurem L i P. Szczerze mówiąc jak na pierwsze starty na nim w moim życiu jestem całkiem zadowolona, aczkolwiek porównując moje uczucia podczas pierwszego i drugiego przejazdu, a do tego dokładając opinię Trenera i nagranie, stwierdzam, że jeszcze długa droga przed nami do pełnego zgrania i wzajemnego wyczucia.

Dzisiejszego dnia pozwoliłyśmy z dziewczynami sobie na odrobinę luksusu (głównie z powodu tego, że nasze konkursy zaczynały się dopiero o 11.00) w związku z czym w stajni byłyśmy trochę przed 8.00. Co śmieszne pomimo tak dużej ilości czasu do naszych startów skończyło się na tym, że Trener musiał mi pomagać konia siodłać bo bym się nie wyrobiła :P

Na rozprężalni (oprócz nieustanych prób uniknięcia zderzenia się z pozostałymi końmi) starałam się też zwracać uwagę na mój dosiad szczególnie: niższe anglezowanie, półsiad i pozycja podczas skoku. Odnośnie parkuru jak zawsze w konkursach dwufazowych był on strasznie długi i pełen zakrętasów (jednak były ona raczej logiczne, więc nawet gdybym zapomniała trasy i tak bym trafiła na następną). Zauważyłam, że przeszkody były ustawione w kolejności rosnącej z czego pierwsza zaczynała się od około 80 cm, a dopiero te na końcu osiągały właściwą wysokość metra (ale nie mówię, że mi to przeszkadzało :P). Jak wiecie teoretycznie w drugą część dwufazówki można by porównać do rozgrywki, lecz zgonie z wolą Trenera ja miałam jechać treningowo- dużymi łukami, w równym rytmie tak po prostu żeby Czarka wyczuć.

Po wyjechaniu na parkur czułam, że Czarek jest nabuzowany, ale uznałam, że to zupełnie normalne biorąc pod uwagę nowe miejsce, zawody, publiczność itd. Jednak gdy zaczęłam jechać parkur wydawało mi się jakbym jechała na jakimś innym koniu w porównaniu do treningów kiedy to Czarek sobie spokojnie galopował (czasami zdarzyło mu się bryknąć :P). Ogólnie skakało mi się bardzo fajnie, co prawda Trener powiedział, że za bardzo zmieniam tempo: wolniej w zakręcie a do przeszkody dojeżdżam (tak samo było na treningu skokowym w Sopocie), podczas gdy powinnam w zakręcie dojeżdżać, a po wyprostowaniu czekać odbierając tempo, ale byłam zbyt zdezorientowana zachowaniem Rudego żeby myśleć o takich rzeczach :P Niestety chwilowo nie mam filmu z tego przejazdu, bo znajduje się na telefonie Trenera.

Mając cały czas w pamięci jakiego stracha sobie narobiłam gdy rano dowiedziałam się, że za 5 min mam być na rozprężalni podczas gdy przebierałam się jeszcze w koniowozie, a koń nie był w ogóle gotowy, od razu po moim przejeździe (oczywiście po obrobieniu Czarka) zajęłam się przygotowywaniem Timona. Skończyło się na tym, że musiałam z nim w pełnym oporządzeniu stać przez około 40 min w boksie czekając na znak od pana Łukasza kiedy mogę w końcu wyjść na rozprężalnię. Oczywiście wtedy gdy brakowało nam czasu, to zawodnicy przejeżdżali parkury w tempie ekspresowym, a kiedy miałam konia gotowego to wlekli się niemiłosiernie…

Zarówno ja jak i Pan Łukasz byliśmy bardzo zadowoleni z postępów jakie poczynił Timon. Otóż po wejściu na rozprężalnię (gdzie wtedy znajdowało się koło 8 koni) nie odstawiał żadnych akcji. Jedyne co było po nim widać to lekkie spinanie się, lecz po przyłożeniu łydki spokojnie dawał się przekonać by przejść obok tych strasznych koni. Tak samo kulturalnie zachowywał się podczas skoków, nie było już zabijania się na stojakach… co będę słodzić, po prostu ręka Trenera działa :D

Przed drugim przejazdem byłam już lekko zmęczona, a do tego doszło jeszcze poddenerwowanie z powodu męczących myśli pt.–> „chcę jeść!!!”. Na szczęście gdy przyszła pora na oglądanie parkuru i przygotowywanie się do wyjazdu zapomniałam o tym. Parkur w klasie P pomimo tego, że krótszy, sprawiał mi o wiele większe trudności w zapamiętaniu (podczas przejazdu 4 razy nie wiedziałam gdzie mam jechać :P).

Drugi przejazd przede wszystkim (przynajmniej w moim odczuciu bo po filmie tego nie widać) był o wiele szybszy. Bardzo fajne w jeżdżeniu na Czarku jest to, że nawet jeżeli jedzie się częściowo poza kontrolą, to jednak w ogromnej większości przypadków pasuje odległość, po prostu jakoś łatwo się ją łapie (co prawda teraz na ostatniej było trochę za daleko :P). I tak najbardziej podobał mi się komentarz Trenejra „nareszcie był dobry galop”, podczas gdy ja myślałam że pędziłam jak wichura :D… Rzeczywiście gdy patrzyłam na mój film nie wyglądało to aż tak szybko, pomimo faktu, że miałam za długie wodze i czasami na nich wisiałam (sory kucyk :*), ale tak naprawdę Czarek mnie mocno wywoził. Rozumiem, że takie tempo jest minimalne do jeżdżenia konkursów P i wyżej, lecz ważne żebym to ja ustalała to tempo, trzeba będzie na ten aspekt zwrócić uwagę. Poniżej film z pierwszego przejazdu Timona, oraz drugiego przejazdu Czarka. Jak widać Timon jest znacznie bardziej charakterny i temperamentny od poczciwego Rudaska.

Trzymajcie kciuki za jutro :D

Opublikowano Na zawodach | 2 komentarzy

Leniwe dni :)

Ostatnie kilka dni były raczej mało pracowite. Ostatni prawdziwy trening miałam w sobotę, za to w niedzielę konie miały wolne (Czarek pierwszy raz od kiedy do nas przyjechał), z kolei w poniedziałek kucyki zostały okute, więc mogłam je wziąć jedynie na mały rozruch no i dzisiaj podobnie. Jak sami widzicie nie mam zbytnio o czym pisać… :P Może zacznę od ostatniego treningu skokowego podczas którego po raz pierwszy od zawodów w Strzegomiu skakałam cały parkur… i zdecydowanie nie należał on do najlepszych w moim życiu. Jako pierwszym skakałam na Sojuzie razem z dziewczynami- takie mini rogrzewkowe zawody :) Rozprężałyśmy się tak jak do normalnych zawodów, czyli grupą na dwóch przeszkodach. Odnośnie parkuru to nie był on jakiś strasznie wymagający, co prawda było dużo zakrętów, dwie linie po łuku i szereg, ale za to Trener postawił jedynie koło metra (albo mniej) :) Trenejro zadecydował, że będziemy startować w kolejności od najmłodszej, więc ja byłam jako trzecia. Co do mojego przejazdu, już od początku jazdy miałam wrażenie, że Sojuz jest jakiś nadaktywny, chociaż gdy zobaczyłam mnie nagraną na kamerze gdy „robił dzidę”, wcale nie wyglądało to tak szybko jak mi się zdawało :P Jednak głównym problemem nie była szybkość, lecz brak kontroli w danym momencie. Wydaje mi się, że było to spowodowane brakiem prawdziwych skoków od czasu zawodów… :P Tak w skrócie mój pierwszy przejazd wyglądał tak: zakręt w galopie (Trener mówi: za mało aktywny galop), wyprostowanie na przeszkodę- dojechanie, odbicie z dalszego miejsca (Trener mówi: trzeba było czekać!), po przeszkodzie: DZIDA!!!! (Trener mówi: bo zostajesz w skoku za ruchem konia) :P Tak na serio to w sumie możliwe, że zostawałam trochę z ciałem, ale co Wy byście zrobili na moim miejscu jeżeli wiecie że tuż po lądowaniu czeka na Was „ekspresowa” niespodzianka? W każdym razie musiałam niestety kilka razy mocniej zadziałać, żeby Sojuza zatrzymać… i wtedy spokojnie skoczyć następną przeszkodę :P W sumie nie wiem co zrobić z tym fantem, dlatego jak na razie zaczekam do następnego treningu skokowego i mam nadzieję, że mu przejdzie. Na Czarku jeździłam dokładnie ten sam parkur (mógł być troszkę wyższy).Niestety mój pierwszy przejazd nie był zbyt udany, też mi przyśpieszał, troszkę podbrykiwał itp. W tym jednak przypadku była to całkowicie moja wina, po prostu nie zdążyłam się wtedy jeszcze przestawić z Sojuza, ogólnie wszystko mi się pomieszało, dlatego chciałam jeździć na Czarku częściowo jak na dużym, co zdecydowanie nie działało. Na szczęście za drugim razem, gdy wcześniej miałam chwilę na przetrawienie sprzecznych informacji w głowie, już było o wiele lepiej. Okazało się, że po prostu muszę jechać wolniej (co nie znaczy mniej aktywnie): w zakręcie dojeżdżać a przed skokiem tylko czekać i domykać (czasami najprostsze rozwiązania najtrudniej zobaczyć). Przy takim najeździe kucyk skakał spokojnie, w równowadze, tak więc pod względem konia parkur był luks. Niestety jak znika jeden problem to zaczyna się dostrzegać inny (co prawda już trochę mniejszy)- mój połsiad. Na siedem przeszkód wyrzuciło mnie ze trzy razy, więc i tak jest lepiej, ale przynajmniej wiem już jaki jest tego powód: muszę po prostu oddawać więcej ręki po grzywie w skoku. Dzięki tej ręce z przodu również przy lądowaniu wymusza ona większe pochylenie (dłużej zostaję w półsiadzie), dzięki czemu nie ląduję jak spadochron. Dobrze, że chociaż w teorii wiem co robić… :)))

Opublikowano Dzień jak codzień... | 3 komentarzy

Sir Scotty w akcji…

Pytaliście o Timona. Otóż jak już wspomniałam na nim jeździ obecnie Trener „szlifując diament”… Niestety mi po szkole nie starcza czasu na trzy treningi więc Trener wsiada na Scotiego z reguły przed południem, dlatego ja na co dzień ich wspólnej pracy nie widzę. Na szczęście czasem trafi mi się taka możliwość, żeby zobaczyć treningi Scottiego w weekendy i tutaj specjalnie dla Was nagrałam taki trening. Za tydzień jedziemy na zawody skokowe, a za dwa tygodnie startujemy skokowo w Sopocie, więc trzeba się przygotowywać.

Opublikowano Dzień jak codzień... | 17 komentarzy

Praca przynosi efekty :)

Często słyszy się, że najpierw trzeba zrobić dwa kroki do tyłu żeby móc zrobić jeden w przód. Muszę przyznać, że z jeździectwem jest bardzo podobnie- najpierw są długie okresy, kiedy to stoi się w miejscu lub też cofa i wtedy przychodzi ten przełomowy trening, podczas którego dany element zaczyna wychodzić (a potem znów trzeba czekać…). Przedwczorajszy trening był właśnie takim początkiem mojego przełomu zarówno na Sojuzie jak i na Łosiu :)

Jako pierwszy poszedł na jazdę Czarek (czyli Łoś, lub Chenaro…) i okazało się, że znów na hali postawiony jest szereg gimnastyczny, więc nie trzeba było się zbyt długo zastanawiać co będziemy robić. Oczywiście zaczęliśmy od krzyżaczka małej stacjonatki, z którymi nie miałam większych problemów. Jedyne na co Trener zwrócił mi uwagę było zbytnie akcentowanie zmiany nogi nad przeszkodą- żeby na pewno wylądował na dobrą przekręcałam ciało przez co biodra wypadały mi za ruch konia. Dość szybko przeszliśmy do właściwego zadania, które to Trenejro stopniowo podwyższał. Tak jak na początku byłam zadowolona z mojego półsiadu, tak im większe stawały się przeszkody tym gorzej mi szło. Dla Chenaro też nie było to najłatwiejsze zadanie, dlatego powinnam była bardzo wspierać go łydkami. Niestety gdy skupiałam się na dosiadzie o tym zapominałam, przez co zaczynał mi „gasnąć” w połowie szeregu, a czym mniejsze miał tempo (nie miał się z czego wybić) tym bardziej musiał skakać technicznie (też bardziej starać się zadem), przez co mnie tym bardzie wyrzucało (i nie mogłam wspierać go łydką). Takie ładne błędne kółko :P (nie chcę wiedzieć jak to wyglądało :P). W końcu udało mi się na tyle zmobilizować żeby skupić się na pięcie w dół, przyłożonej cały czas łydce. Może to drugie nie udało mi się w 100%, ale za to na ostatnim skoku (kiedy to przeszkoda był największa), oddałam Czarkowi trochę wodzy i w końcu udało mi się zostać bardziej pochyloną (bliżej konia) na lądowaniu, dzięki czemu nie leciałam jak spadochron —-> nie wywaliło mnie!!!! :D (co prawda mogłam jeszcze więcej wylądować na strzemionach, ale mniejsza z tym :P)

IMG_3640 IMG_3662

Na następnym treningu na Sojuzie już od początku byłam naładowana dobrą energią, więc musiał on również być dobry. Po trochę dłuższej rozgrzewce (w tym czasie zdążyła pojeździć Agata i poskakała Olimpia) przeszliśmy do krzyżaczka, a następnie coraz wyższego szeregu. Cały czas skupialiśmy się na moim dosiadzie, starałam się powtórzyć i udoskonalić to co udało mi się zrobić na Czarku tyle, że na Sojuzie skakanie jest trochę łatwiejsze, więc można powiedzieć że miałam fory :P Jednak podczas tej jazdy nie ze mnie powinno się być najbardziej dumnym lecz z Sojuza, muszę przyznać, że chyba jeszcze nigdy się tak nie starał :D W szeregu (szczególnie przy wyższych przeszkodach) było dość ciasno jak dla tak dużego konia. W związku z tym nie mogłam wyjechać mocniejszym tempem, przez co koń w szeregu mógł się zrobić byt flegmatyczny. Tymczasem Sojuz cały czas pozostawał energiczny a do tego tak się giął grzbietem (i w sumie wszystkim żeby tylko nie dotknąć drągów, że aż w skoku widziałam jego nogi nad łopatkami. Oczywiście nie tylko ja to zauważyłam, bo Trenejro był wręcz zszokowany jak bardzo się Sojuzik starał (wydaje mi się, że nabrał do Smoka większego szacunku :)). Praca przynosi efekty :D

Opublikowano Dzień jak codzień... | 6 komentarzy

Zmiany… i jeszcze więcej zmian

Niby dłudzy ludzie mogą lepiej objąć konia łydką, mają go bardziej po kontrolą itp., ale z moich doświadczeń wynika, że to niscy mają łatwiej w jeździectwie, zarówno w ujeżdżeniu jak i (a nawet szczególnie) w skokach. Coraz bardziej zaczynam odczuwać jakie mam długie kończyny i jak wielkie znaczenie ma nawet malutki mój ruch. Nawet jeżeli mały człowiek się telepie na tym koniu jak worek kartofli i tak ma to mniejsze znaczenie dla konia i mniejszy wpływ na równowagę pary… fajnie macie :P Teraz dopiero przekonuję się jak jest to trudne szczególnie jeżeli idzie w parze z wykorzenianiem swoich nawyków :(

Od poprzedniego wpisu zmieniły się jedynie dwie rzeczy: trzeba poprawić mój dosiad również pod względem ujeżdżenia i odwiedziła mnie moja mama z siostrą, dzięki czemu mam filmiki z treningów :)

Co do treningu z którego widzieliście już filmiki na facebooku, pan Łukasz zrobił na nim małą rewolucję. Mianowicie wydłużył mi strzemiona i kazał mniej więcej wszystko robić inaczej: anglezować (obecnie za wysoko), w półsiadzie nie pompować kolanami i bliżej konia, no i odnośnie skoku to już wiecie z poprzedniego postu tyle, że doszły do tego takie hasła jak: za szybko górą ciała oraz kilka innych których jeszcze nie umiem rozszyfrować :P Dotychczas nie zauważam u siebie niestety jakiejś wielkie poprawy poza początkową fazą lotu i tym, że rzeczywiście czasami udaje mi się niżej anglezować. Tak jak sama oglądałam filmy z tego treningu to na przykład galopując w półsiadzie wydaje się sobie jakaś nienaturalna, wydaje mi się, że tak się staram nie anglezować (muszę się wtedy jakby usztywnić), że wychodzi jeszcze gorzej.

Co do samych skoków: na Sojuzie jest całkiem nieźle (oprócz tych jego dzikich odpałów nie wiadomo dlaczego :P), ale na Łosiu (nowa ksywka Chenara) przez jego poprawianie zadem jest trochę gorzej niż średnio. Cały czas kombinuję dlaczego mnie tak wyrzuca przy lądowaniu i jak na razie mam dwa wnioski- za wcześnie zaczynam prostować ciało w skoku, bo już gdy jestem tuż nad przeszkodą przez co później ląduję jak spadochron, a po drugie muszę jednak trzymać te ręce blisko grzywy. Co prawda pan Łukasz cały czas powtarza żebym nie analizowała wszystkiego, bo to do niczego nie prowadzi, poza tym i tak wszystkiego nie da się zrobić na jednej jeździe, a jak będę po prostu robić swoją robotę to w końcu wszystko samo się ułoży. W sumie mądre, ale jednak muszę trochę pomóc temu „wszystkiemu” bo za chwilę mam zawody :P

Pod koniec jazdy na Rudym miałam przeskoczyć jakąś stacjonatę a następnie najechać na okser pod 125cm ustawiony przez Trenejra. Najeżdżając na tą przeszkodę jak zwykle gdy nie zgadza się odległość do odskoku zapaliło mi się w głowie czerwone światełko, ale (również jak zwykle) nie wiedziałam co mam z tym fantem zrobić- dodać czy skrócić. Więc wyszło mi coś pomiędzy: chciałam urwać fulę jednakże siedziałam jakbym miała czekać. Na szczęście kucyk okazał się w tej sytuacji mądrzejszy ode mnie, więc tupnął… i nawet nie dotknął drąga. Po tym skoku zagnieździło się u mnie w środku takie poczucie bezpieczeństwa i zaufania do tego konia, które daje mi nadzieję, że nawet jeżeli mi zdarzy się schrzanić to on nas jednak wyratuje :) Pomimo, że taki młody to jednak bardzo mądry kucyk <3

IMG_3211

Wczoraj miałam lekki trening ujeżdżeniowy, który był kolejnym z serii „nic się nie zgadza”, ale tym razem bardziej mnie samej się moja jazda nie podobała niż Trenerowi. Pierwsze co zauważyłam to to, że nie mam pięty na dół w kłusie tylko staję w strzemionach anglezując. Niestety nie jest to wcale łatwe do zmiany. Potem jeszcze w kłusie ćwiczebnym doszły nogi za bardzo z przodu a góra ciała za bardzo z tyłu. Powinnam siedzieć w pionie, z czym nie byłoby problemu gdybym nie miała nóg :P Przez to, że one lecą mi do przodu, żeby zachować równowagę muszę się odchylić. Nie wiem jak robią to profesjonalni ujeżdżeniowcy, że nawet pomimo piafów i pasaży (kiedy to chyba koń mega wybiją) nogi im nawet nie drgną, a tymczasem przecież nie mogą być zupełnie sztywni, żeby utrzymać to wszystko w kupie. Wiem, że pan Łukasz chce jedynie poprawić mój dosiad, co wcale nie oznacza, że jest ona jakoś strasznie zły, lecz czym bardziej wgłębiamy się w ten temat tym więcej pojawia się problemów, z którymi na prawdę ciężko mi się uporać. Niestety zaczyna mnie to powoli przerastać… :(

Opublikowano Dzień jak codzień... | 8 komentarzy

Prawdziwa zimowa praca

Można by pomyśleć, że zima podczas której da się trenować jedynie na hali jest dla wkkwisty mniej pracowitym okresem w sezonie jeździeckim. Tymczasem okazuje się, że gdy skończą się zawody wkkw rozpoczyna się największa praca nie tylko skoncentrowana na koniu, lecz także na jeźdźcu…

Cieszę się, że zaczekałam do dzisiaj z napisaniem postu, ponieważ w poniedziałek po jeździe dominowały we mnie raczej negatywne emocje, tymczasem dzisiaj znacznie mi się poprawiło. W poniedziałek miałam pierwszy prawdziwy trening skokowy na Rudym, a przy okazji chyba drugi mój od zawodów w Strzegomiu. Te dwie kwestie złożyły się na niezbyt udany trening :(

Ćwiczenia które wykonywałam podczas tego treningu nie były bynajmniej skomplikowane. Właściwie pan Łukasz specjalnie wybrał akurat szereg gimnastyczny, żebym nie musiała nic innego robić oprócz składania się do skoku. Tak jak już wspominałam zaczęła się zima i tak jak w sezonie, kiedy to na zawody jeździ się prawie co dwa tygodnie nonstop, a są one jedynym sprawdzeniem umiejętności, tak teraz nareszcie można naprawdę skupić się na pracy. Trenejro rozpoczął swój plan nauki od mojego dosiadu… i okazało się, że jest prawie zupełnie zły. Oprócz problemów w dosiadzie ujeżdżeniowym (nogi za bardzo z przodu, plecy zaokrąglone, brzuch bardziej wypięty do przodu itp) doszedł jeszcze półsiad zarówno w galopie jak i w skoku. Niestety w moim przypadku zostałam źle nauczona, co skutkuje złymi nawykami, które o wiele trudniej jest wykorzenić niż po prostu nauczyć od nowa. Z tego powodu już byłam trochę podminowana, a do tego doszedł jeszcze Chenaro, który tak poprawia zadem, że człowieka zupełnie wywala z siodła- spotęgował moje uczucie „nic nieumienia” :(

Przy małych przeszkodach nie było jeszcze tragedii, lecz gdy podchodziły one już pod metr mój dosiad stał się dużym problemem. W sumie nie jestem wam w stanie powiedzieć co źle robię, bo sama tego nie czuję (muszę załatwić kogoś do nagrania mnie!!!). Jedyne co wiem to to, że za bardzo wstaję w strzemionach (ale może to być spowodowane tym, że trener wydłużył mi strzemiona do skoków o dwie dziurki, więc po prostu muszę się przyzwyczaić), za bardzo się cofam przy lądowaniu- tak jakby to był zeskok 2 metry w dół (to już wcześniej wiedziałam) i ogólnie jak to ujął pan Łukasz „za dużo się ruszam”.

Po tamtej jeździe tłumaczyłam sobie, że jeszcze musimy się zgrać… i myślałam że przynajmniej na Sojuzie będzie dobrze, myliłam się. Na Sojuzie było nawet gorzej ponieważ nie dość że źle siedziałam to jeszcze odgrywał jakieś szalone, zupełnie niekontrolowane dzidy. Na przykład pamiętam taka jedną akcję gdy właśnie po skoczeniu pojedynczej stacjonaty nagle Smok wystartował i wtedy miałam taką fajną rozkminę: czy pociągnąć za wodze—–> nie, bo znowu trener powie, że mam łokcie za plecami i to dlatego Sojuz ucieka, czy zabrać się z koniem i objąć go łydkami tak jak trener wcześniej mówił—–> ale wtedy będę tak galopować w nieskończoność… Wybrałam więc trzecią opcję czyli telefon do przyjaciela :P Zapytałam się pana Łukasza co zrobić: objąć łydkami i zrobić kilka krótki mocnych półparad.

Jak już mówiłam na szczęście zaczekałam z wpisem do dzisiaj kiedy to miałam kolejny trening skokowy. Założenie było żeby pojeździć przez drągi i może skoczyć coś małego :P Podczas dzisiejszej jazdy prawie cały czas rozkminiałam co zrobić żeby lepiej siedzieć. Ogólnie pan Łukasz cały czas powtarza żebym ciągnęła pięty do ziemi, biodra miała z tyłu i głowę skierowaną do góry tak by plecy ułożyły się w lekką kaczuszkę i łokcie blisko ciała, ciągnęła jakby do kolan. Trochę dużo do zapamiętania jak na może dwie sekundy lotu nad przeszkodą. Dlatego właśnie myślałam jakby to zrobić żebym na przykład nie odchylała się tak na lądowaniu (nie powiedziałam tego wcześniej ale to też trochę wyszło z tego, że Rudy jeżeli nie jest podparty łydką po skoku to potrafi sobie podbryknąć :P) stwierdziłam więc, że będę starać się trzymać ręce cały czas blisko grzywy (i działało) :)

Po ćwiczeniu z drągami po łuku i stacjonatką, które przejechałam chyba z milion razy w półsiadzie przeszliśmy już do pojedynczych skoków, czyli stacjonatki z podmurówką i okserka z rowem. Na początku mi się Rudy trochę zawahał, więc musiałam mocniej zadziałać, ale ogólnie skakało bardzo dobrze. Co dziwne w większości przypadków pasował mi dystans do przeszkody, więc chociaż z tym nie było problemu. Przy niektórych skokach nadal trochę traciłam równowagę, aczkolwiek o wiele mniej niż w poniedziałek. Wydaje mi się, że nawet ta jedna jazda już wiele dała mojemu ciału w przyzwyczajaniu się do nowego rumaka, zobaczymy jak będzie dalej, ale po dzisiejszej jeździe jestem pełna optymizmu (w sumie muszę bo za dwa tugodnie jadę zawody skokowe :P).

Opublikowano Dzień jak codzień... | Otagowano , , | 12 komentarzy