Parchowo i jego uroki- część 2

Jak już wspominałam w ostatnim wpisie, w czwartek zebraliśmy się wszyscy przy ognisku smażąc kiełbaski, chlebek i warzywa, aż w końcu zjawił się tata Natalii i zaczął opowiadać prawdziwą historię z okolicy…

Wszystko dzieje się w małej, drewnianej chacie stojącej tuż przy lesie. Była ona tam już zanim ojciec Natalii kupił cały ośrodek i została przez nich tylko odremontowana. Przez jakiś czas chata spełnia funkcję normalnego domu, cała rodzina spędzała tam wakacje itp. Pierwszy kontakt z Białą Damą mieli robotnicy którzy dokonywali remontu w chacie. Dziwne było, że pracowali w tym domku przez dzień, a po przespaniu tam nocy, rano zwinęli manatki i wyjechali. Kolejną osobą która miała styczność z duchem był przyjaciel taty Natalii. Spali oni tam razem tyle, że jeden na pierwszym piętrze drugi na parterze. Niestety padło na tego który położył się na dole. Jak to określił w nocy obudził go jakiś dźwięk i w pewnym momencie pojawiła się przed nim szara postać, z jej figury można było wywnioskować, że to kobieta. Gdy ojciec Natalii się o tym dowiedział pojechał do robotników, którzy u niego wcześniej pracowali i zapytał o tę noc po której się zwinęli… i powiedzieli dokładnie to samo co jego przyjaciel.

10588707_806796542698877_118482026_n

Natalia mówiła też, że gdy pewnej nocy jej mama spała w tej chacie, obudziło ją dziwne, nieprzyjemne uczucie. Wydawało jej się, że jest owijana w jakiś materiał jak mumia. Co gorsza coraz bardziej się on zaciskał i uczucie to szło od stóp w górę ciała. Gdy doszło do klatki piersiowej mama Natali prawie nie mogła oddychać. Krzyczałaby, ale nie mogła wykrztusić z siebie słowa- usta jakby nie chciały się otwierać. W końcu jednak udało jej się tylko wypowiedzieć jedno słowo „PUŚĆ” i tak się stało… Oczywiście można w to wierzyć lub nie ale fakt, jak się patrzy na ten domek, otoczony płotem zza którego jeszcze wyją psy, to rzeczywiście ciarki przechodzą. 10588871_806796529365545_1584005870_n

Zmieniając temat, chciałabym opowiedzieć trochę o moich treningach. Otóż muszę przyznać, że pierwsze dwa na zgrupowaniu nie były zbyt udane. Oczywiście jak jeden problem znika to inny musi się pojawić. Tak więc umiałam już zakręcac w prawo, ale teraz kłopot miałam z ustawieniem głowy Timiego. Czasami się wypaszczał i w którąś stronę wykrzywiał szyję. Na szczęście wtedy miałam trening skokowy na którym poszło mi całkiem dobrze, co bardzo podniosło mnie na duchu. Pomimo tego że Timon był tak zwaną lamą (wypaszczony) to przy skakaniu, aż tak to nie przeszkadzało. Sukces tego treningu polegał głównie na zmianie moich odruchów. Do tej pory jestem z siebie dumna, że przy skoku gdzie odskok wyszedł za blisko przeszkody, moja postawa ciała była w pełni kontrolowana, przemyślana i co najważniejsze prawidłowa. Im bliżej robiło się do stacjonaty tym bardziej się odchylałam, a w skoku jeszcze zostałam z tylu, nie położyłam się na koniu dzięki czemu pomimo tego, że wyszło naprawdę blisko Timson z tego wyszedł bez zrzutki. Tylko to powtarzać :)

Aktualnie jest o wiele lepiej z jego krzywieniem głowy. Oczywiście nie jest jeszcze idealnie, ale jesteśmy na dobrej drodze. Też dzięki Helenie która pewnego dnia wsiadła na Tima (ja na jej Bolinkę) dowiedziałam o sposobie który działa. Jeżeli Timi się krzywi trzeba utrzymać w miarę stały i równy kontakt na obydwu wodzach, oraz rozszerzyć i podwyższyć ręce. Dzięki temu Skotty ma stabilniejszy kontakt na którym może się oprzeć, a poza tym w ten sposób uniemożliwia mu się wykrzywianie szyi. Lecz ważne jest też rozluźnienie- gdy głowa kucyka jest w dobrej pozycji to trzeba po prostu trzymać kontakt, a gdy zacznie ciągnąć w dół oddać ręce do przodu by mógł zejść (oczywiście podpierając łydką). Co do tego to muszę się bardzo pilnować bo mam tendencję do noszenia koni, mam wtedy mocniejszy kontakt, przez co konie nie pracują szyją i grzbietem.

Co do moich osobistych przemyśleń to po rozmowie z Helą stwierdziłam, że muszę więcej myśleć i kombinować podczas jazdy. Czasami moja aktywność na treningach ogranicza się jedynie do wykonywania poleceń trenera, a gdy gadałam z Heleną ona bardzo konkretnie opisywała co robiła, jakich sposobów używała żeby Timon zszedł z głową, dzięki czemu o wiele więcej wyniosła z tej jazdy, niż ja kiedy to jeździłam na jej koniu.

Chyba na dzisiaj już wystarczy tych zwierzeń :P Powiem tylko, że aktualnie jestem w Sopocie i już się prawie zadomowiłam w moim mieszkaniu :). Co ciekawe mieszkam teraz z koleżanką Agatą, z którą poznałam się właśnie na obozie w Parchowie- zaledwie tydzień się znamy i już ze sobą mieszkamy :P. Była to nagła potrzeba ponieważ po tygodniu spędzonym na treningach z panem Łukaszem, Agata nie chciała wracać do domu, gdzie za chwilę znów wróciłaby do swoich starych nawyków. Dlatego wymyśliła na szybko, że chciałaby zostać w Sopocie do końca wakacji i trenować z Panem Łukaszem. A że jest bardzo spoko, zgodziłam się żeby zamieszkała u mnie do końca wakacji. Teraz zatem spędzamy czas na treningach, a potem na rozrywkach, teraz właśnie wybieramy się na plażę… To się nazywa życie na krawędzi :P

IMG_5689

Opublikowano Dzień jak codzień... | 4 komentarzy

Parchowo i jego uroki :P

I oto nadchodzi koniec zgrupowania w Parchowie, podczas którego musiałam walczyć o każdy kawałek zasięgu telefonicznego, o internecie nie wspomnę… Tym właśnie tłumaczę się przed Wami z braku wpisów na blogu…

Jutro już wyjeżdżamy do Sopotu. Jak to szybko minęło! W Parchowie znajduje się przepiękny ośrodek szczególnie dla osób które chcą spędzić wakacje ze swoim koniem!

http://www.kjnadstropna.pl/stajnia.html

Ośrodek jest niewielki, składa się z dwupiętrowego domu (na górze kuchnia i jadalnia, a na parterze nasze pokoje) połączony z jedenastokonną stajnią i halą.

P1080965P1090103P1090003P1080982

Bardzo mi się tutaj podoba ponieważ to miejsce jest otoczone polami i łąkami- piękne widoki! Dodatkowo teren na którym został wybudowany składa się głównie z pagórków, wyobraźcie sobie widok- całe zielone pola z kępkami drzew, widocznymi co rusz stawami i jeziorami, łąki po których biegają sobie konie… Cudo :D.

P1080952

Odnośnie całej reszty też jest super. Jedzenie jest robione przez samego właściciela i jego córkę, pokoje luksusowe, w każdym z nich mamy telewizor, do tego znalazłyśmy program ClassHorse, stacja gdzie 24 h na dobę pokazują tylko konie (co prawda mówią po włosku, ale nam to nie przeszkadza :P).

Skoro już mowa o koniach nasze konie też są dopieszczone! Stajnie chłodne, boksy przestronne, jest myjka razem z solarium, a co mnie najbardziej ucieszyło- mamy do dyspozycji ogromniasty padok na który prawie codziennie wypuszczałam Timsona :). Jedynym minusem jest brak internetu, teraz udało mi się jakiś skombinować dzięki czemu mogę coś wreszcie powiesić z komputera, a nie tylko z komórki.

10581593_804917099553488_1162700452_n10425654_804917199553478_51612474_n

Oprócz indywidualnych jazd z Mistrzem Łukaszem całe towarzystwo ma jeszcze wiele innych atrakcji- wyjazdy nad jezioro, do miasta, ogniska, zabawy terenowe i inne…

10564750_804917332886798_818626825_n10566664_804917392886792_1286773608_n

Ostatnio zorganizowano też przejażdżkę powozem, tyle, że były z tym pewne problemy. Miałam nadzieję, że uda mi się powiesić film z tej przygody, ale niestety, za wolny internet…

10478138_863314160363124_4221352362162405078_n

Przygoda polegała na tym, że gdy już zaprzężono dwa siwki do bryczki i udało się zajechać końmi na plac, powóz stanął, wszyscy wsiedli i…. nie dało się ruszyć. Natalia (córka właściciela) mówiła, że już jej się wcześniej zdarzyło, że te dwa siwki nie chciały ruszyć, było to… na ślubie! Zajechała po parę młodą pod kościołem, zatrzymała konie żeby ludzie mogli wejść… i tak już została. Całą godzinę namawiali konie, żeby łaskawie ruszyły, a do tego działo się to na ulicy, więc jeszcze mieli wielką widownię w postaci tworzącego się ciągu samochodów za nimi ! :P

U nas skończyło się na pchaniu bryczki przez pasażerki i dzikim biegu by dogonić ją jak już konie ruszyły z kopyta :P Na szczęście w miarę jak jechaliśmy coraz dłużej, siwki się wkręcały i już podczas drogi, gdy była konieczność zatrzymania się, udawało się z powrotem ruszyć. Niestety ja miałam jeszcze dodatkową porcję emocji ponieważ po powrocie okazało się że gdzieś zniknął mój telefon. Po długich rozkminach, wszystko wskazywało na to, że wypadł mi gdzieś podczas jazdy dorożką, więc byłam zmuszona przejechać całą trasę ponownie rowerem. Dopiero po powrocie zobaczyłam, że leży w piachu na placu! Nieźle najadłam się strachu!

W czwartek mieliśmy też okazję poznać mroczną historię o drewnianym domu pod lasem, gdzie straszy. Mieszka tam tak zwana „Biała Dama”, ale to w następnym wpisie :P
TBC

Opublikowano Dzień jak codzień... | 2 komentarzy

Baborówko, ujeżdżenie i skoki

Co się zadziało na krosie już wiecie. Ale zawody zaczęły się od ujeżdżenia z którego film poniżej. Przed ujeżdżeniem oczywiście musiałam wylążować Scottiego, bo ma on mnóstwo energii.

IMG_1855

Sam program jechało mi się bardzo dobrze. Tak jak się spodziewałam, cofanie wyszło słabo, bo Scotty jeszcze go za bardzo nie umie. Jeszcze na rozprężalni trener pokazywał mu jak cofać, dosłownie 15 min przed startem :) Co do zmiany nogi to była to w 100% moja wina. Chciałam go skrócić i za mocno zrobiłam półparadę prawą ręką, a dodatkowo trener zwrócił mi uwagę, że przeniosłam trochę ciężar ciała na prawą stronę i Scotty zrobił lotną… Ale i tak 53,5 pkt za nasz pierwszy program, dodatkowo z lotną zmianą, to bardzo przyzwoity wynik!

Co do skoków to miałam ciężkie życie na rozprężalni! Na raz przygotowywało się chyba z 15 koni, a Timon jest jeszcze dość „nieśmiały”. W każdym razie nerwowo reaguje na tłoczące się wokół niego konie, więc musiałam momentami walczyć o swoje miejsce w siodle…

IMG_2369IMG_2419Na rozgrzewce nie skakaliśmy niczego dużego, raczej małe rzeczy, żeby go rozgrzać. Natomiast na parkurze, jedyny błąd jaki nam się zdarzył to też z mojej winy. Ten szereg był nieco z górki i chciałam (znowu) konisia skrócić, ale zamiast zrobić to mocniej łydką, zadziałałam wodzą i on się zaczął denerwować i skończyliśmy raczej na słupku niż przeszkodzie. I tak jestem z niego dumna, że skoczył!

No a kros, dla przypomnienia tym razem z boku… Oprócz tej mojej debilnej pomyłki na przeszkodzie wodnej, pozostałą cześć krosu trener pochwalił. Tim bardzo ładnie kryje ziemię i bardzo pewnie idzie na przeszkody, wygląda na to, że jeszcze nie wpadł na pomysł, że można czegoś NIE skoczyć :)

Oczywiście nie trzeba wspominać, że po startach w takiej temperaturze (w sobotę termometr w hotelu pokazywał 46 stopni w słońcu!) konieczny jest prysznic. Sobie też przy okazji polałam głowę, bo już nie mogłam wytrzymać… :)

IMG_2203IMG_2218 IMG_2545

Coraz lepiej się też z chłopczykiem poznajemy. Podoba mi się, że na co dzień on jest takim przytulasem. Bardzo lubi gdy się go drapie po głowie, głaszcze, ewidentnie sam szuka takich pieszczot u człowieka… Fajne jak koń ma do nas zaufanie. No i ma bardzo malutką głowę. Jak widzicie na zdjęciach z myjki, kantar full jest na niego za duży, musiałyśmy na zawodach kupić mu rozmiar COB! A cała reszta chłopczyka jest całkiem fullowa. Myślę, że na dziś to już wystarczy tych rewelacji, macie co czytać i oglądać :). Dobranoc!

Opublikowano Na zawodach | 17 komentarzy

Co się wydarzyło na krosie w Baborówku?

Najpierw obejrzyjcie film, koniecznie z dźwiękiem i do końca:

A teraz wyjaśnienie: jak zobaczycie w poprzednim wpisie na przeszkodzie nr 15, kartka z numerkiem przeszkody była nalepiona na ten mur – wyskok z wody. Więc jak szłam kros pierwszy raz zanotowałam sobie, że to jest właśnie przeszkoda. Mój błąd polegał na tym, że chorągiewki były ustawione obok muru, na wyjeździe zwykłym z wody, ale ja się zasugerowałam numerkiem, zresztą nie tylko ja (inni zawodnicy też myśleli, że jest to przeszkoda, ale szczęśliwie dla nich ktoś ich wyprowadził z tego błędu zanim pojechali kros).

Jak szłam później kros z trenerem on mówił o wyjeździe z wody, a ja myślałam o wyskoku przez mur. Tak więc zgodnie z jego sugestiami wjechałam do wody wolno, ale jak widać na filmie, Scotty na murze się potknął. Mur ten jak się okazało, jest przeszkodą z 2*, która została wycofana z krosu w ogóle na przyszłość, bo w zeszłym roku były na nim poważne upadki w 2*.

Co do Tima, jak sami widzicie kros szedł jak burza. Do wody wjechał bez wahania i podjął walkę z murem! Jestem z niego mega dumna! Gdybym pojechała zwykłym wyjazdem z wody, wszystko skończyło by się inaczej. Słodziak jest, że wrócił do mnie i dał się łatwo złapać, nawet bez ogłowia… :)

Lekcja na przyszłość: ZAWSZE PATRZEĆ GDZIE STOJĄ CHORĄGIEWKI! (albo iść kros z mapą i czytać opisy przeszkód)!!! Ale film niezły mi wyszedł z tego co? :D

Opublikowano Na zawodach | 14 komentarzy

Baborówko – pierwszy dzień

Gdy przedwczoraj zapytałam się pana Łukasza, o której godzinie mamy wyjeżdżać do Baborówka- pierwsza wersja „o 5 rano” potem „o 6 maksymalnie 7”. Skończyło się w końcu, że wyjechaliśmy koło 8.00 :P Moim zdaniem było to zbyt wcześnie, ponieważ zajechaliśmy na miejsce już na 11.00, ale z drugiej strony dobrze się złożyło- akurat konie sobie po transporcie odpoczęły (Timon był w siódmym niebie bo wręcz toną w słomie). Przed czternastą zaczęłyśmy się szykować do treningów, a do osiemnastej trzeba było wyszykować Godecję na przegląd…

Ogólnie gdy zajechaliśmy do Baborówka, prawie nie poznałam tego miejsca! Od ostatnich zawodów kiedy tutaj byłyśmy (dwa lata temu) dużo się zmieniło. Na tych zawodach jest razem 214 koni, tak więc jest o wiele więcej stajni namiotowych, do tego zagospodarowane części starych budynków teraz służą jako myjki. Razem są trzy czworoboki konkursowe (dwa trawiaste, jeden piaszczysty) a do każdego jeszcze jeden rozprężeniowy, całe wielkie pole na którym stoją przeszkody krosowe i jeszcze plac skokowy. Podsumowując przez te dwa lata Baborówko znacznie się rozrosło, z jednej strony to bardzo dobrze jednak w takie upalne dni jak ten weekend, pokonywanie tych ogromnych przestrzeni jest mega wyczerpujące :P

Od wczorajszego treningu zależało czy pojadę na Timim klasę P czy L… i zostaliśmy przy tej pierwszej opcji. Była to pierwsza jazda podczas której zupełnie pewnie mogłam skręcać w obie strony (może prawie pewnie). Możliwe, że ten efekt zawdzięczam również wcześniejszemu wylonżowaniu konia (chociaż był wtedy raczej sflaczały niż nadpobudliwy), może też upalnej pogodzie :D Po a starałam się nie myśleć, że jadę w (straszne!) prawo, pilnowałam się, żeby nie przekładać zewnętrznej ręki przez szyję, a co najważniejsze o wiele bardzie kontrolowałam ruch konia łydkami (gdy wypadał zewnętrzną, a tak to wewnętrzną) i udało się :). Normalnie skręcałam, robiłam dziesięciometrowe kółka itp. Teraz tylko żeby powtórzyć to podczas przejazdu :). Jeszcze muszę  ustalić z trenerem, czy mam dodawać w golopie czy nie, bo mam drobne problemy ze skracaniem a wolę dostać gorszą ocene za dodanie, ale za to lepszą za kontrgalop, no i jeszcze Timon średnio cofa więc możliwe, że za to też dostanę słabiej, ale i tak jeżeli będzie skręcać to uznam ten przejazd za sukces :).

Wieczorem poszłyśmy jeszcze z mamą i ciocią obejrzeć kros. Wczoraj poszłyśmy zobaczyć CO jest na krosie, dzisiaj będziemy chodzić z trenerem żeby omówić JAK to jechać. I tak trzeba będzie ten kros obejść ze trzy razy bo jest dość kręty. Poniżej zdjęcia przeszkód, dosyć ciemne bo było już ciemnawo wieczorem.

IMG_5606IMG_5607

IMG_5608

IMG_5609

IMG_5610

Dzisiaj ujeżdżenie mam o 14.06, skoki po 18.00. Kros zaczyna się jutro o 16.30, która będę jechać tego jeszcze nie wiem. Trzymajcie kciuki jak zawsze!

 

Opublikowano Na zawodach | 6 komentarzy

Ciężka praca…

Mija dopiero dwa tygodnie od kiedy jeżdżę na Timonie, więc tak naprawdę wciąż się poznajemy. Za trzy dni wyruszamy na pierwsze, treningowe zawody, a my wciąż ćwiczymy podstawowe rzeczy, tak więc nie wiem jak to będzie wyglądało w praktyce, chyba odbędzie się tu jakaś loteria…

Podczas ostatnich kilka jazd, przejścia zaczęły wychodzić całkiem dobrze. Niestety wciąż mam problem ze skręcaniem w prawo. Jak to pan Łukasz mówi „koń się nie zmienił”, więc najprawdopodobniej problem siedzi w mojej głowie – najgorsza z możliwych opcji :(. W związku z tym cały czas pracujemy na drągach i przeszkodach najazdy z dwóch nóg, kółka, esy floresy… W stępie i w kłusie jest spoko, lecz w galopie, gdy tylko zaczynam mocniej pracować ręką Timi się przeganaszowuje (wtedy nie mam nad nim kontroli) albo macha głową. Jak trener na niego wsiądzie – problem znika, coś zatem mam z którąś ręką co nie pasuje Timonowi. Wciąż jednak nie wiemy co…? Cała dzisiejsza jazda polegała na zakręcaniu i nareszcie na końcu zaczęło coś wychodzić. Jak sami rozumiecie nie jest to fascynujący temat do opisywania. Muszę przyznać, że te ciągłe zmiany typów koni, są bardzo trudne. Sojuz jest zupełnie inny od Doncastera, Donek od Ostlera, a Ostler od Timiego, a jaki jest Timon to się dopiero dowiemy z czasem… Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się porozumieć… :)

Poniżej kilka zdjęć z wieczornego treningu. Zobaczcie jaki śmieszny jest Tim jak przechodzi przez drągi… jak by go miały ugryźć :)

IMG_1085

IMG_1139

IMG_1170

Opublikowano Dzień jak codzień... | 11 komentarzy

Dzień pełen wrażeń

Dzisiejszy dzień byłby zwyczajnym, monotonnym dniem jak wiele innych (pomijając fakt, że są wakacje co już czyni go wyjątkowym :P), gdyby nie dwa zdarzenia (szczególnie to drugie) dzięki którym zapamiętam go na długo… :)

Timon podczas ostatnich jazd ujawnił swoją pewną specyficzną cechę, a mianowicie czasami zdarza mu się bać koni. Możliwe, że kiedyś na przykład podczas zawodów na rozprężalni, zderzył się z jakimś koniem i to wywołało u niego taki uraz psychiczny. Z drugiej jednak strony zauważyłam, że jeżeli Timi jest zajęty robotą to już mu inne konie nie przeszkadzają, więc może to bardziej jakiś nawyk albo sposób wywinięcia się od pracy… W każdym razie, dowiedziałam się dzisiaj, że mam jechać na nim na galopy kondycyjne, co oznaczało jechanie za czyimś ogonem. Pierwszy raz miałabym jechać na nim w teren i szczerze powiem, że trochę się bałam, a znając pana Łukasza nie byłby to „galopik przez nóżkę” ;). Dlatego, tak dla własnego dobrego samopoczucia włożyłam kamizelkę ochronną :P i ruszyliśmy…

O dziwo Timson zachowywał się całkiem przyzwoicie (może dlatego, że był w terenie z jego ukochaną Godecją ;). Oczywiście gdy tylko klaczka się czegoś przestraszyła, on szedł w jej ślady, ale starałam się na to nie zwracać uwagi i być rozluźnioną, żeby go nie prowokować do dalszych figli. Kłus był bardzo przyjemny, Scotty szedł z luźną, obniżoną szyją. Aż w końcu przyszedł czas na galopik… ruszyliśmy spokojnie, ale przy pierwszym pagórku pan Łukasz dołożył do pieca i wystrzelił – a za nim Timi. Zupełnie nie czuło się, że jedziemy z prędkością jakieś 650m/min (albo więcej), ponieważ Timon robił bardzo duże fule i mega krył teren. Najlepsze było gdy jechaliśmy pod górę po kopnym piasku, oczywiście pan Łukasz dał dzidę, a biedny Timi rozpaczliwie chciał dogonić Godecję, ale co chwila wpadał w głębszy piach. Wtedy czuło się jak napina wszystkie mięśnie nóg, grzbietu i szyi, żeby tylko nadrobić powiększającą się stale odległość pomiędzy końmi :P Jechało mi się super, tylko ciągle trzeba było uważać na zwisające nisko gałęzie. Pomimo tego, że Timon ciągnął do przodu, cały czas miałam go pod kontrolą, całkiem łatwo mogłam zahamować.  Było tam dużo zakrętów gdzie w takim pędzie bardzo ważne jest, żeby zakręcać na prostej szyi, głównie zewnętrzną wodzą, bo inaczej zderzenie z drzewem gwarantowane. Gdy wreszcie przeszliśmy do kłusa, Scotty był zupełnie mokry, miał zadyszkę, a żeby jeszcze bardziej pokazać jaki jest zmęczony- zwiesił szyję i tylko uszy majtały mu się w rytmie kroków. Widok- bezcenny :D

Późnym popołudniem, gdy już przestał panować tak straszliwy upał, wpadł nam do głowy pewien pomysł – może by się tak wybrać z końmi popływać? Zebraliśmy się dość szybko, bo widać było na horyzoncie nadchodzącą burzę i wyruszyliśmy: ja na Braniu, Ania na Bigim i pan Łukasz na księżniczce- Godecji. Zanim dojechaliśmy na miejsce, gdzie wcześniej byłyśmy z Anią, pan Łukasz- szukając innego- przewoził nas przez wszystkie chaszcze, górki i rowy jakie dało się znaleźć po drodze. Już na miejscu zsiedliśmy z koni, rozebraliśmy je i ustaliliśmy że najpierw pan Łukasz wsiądzie na Branco i zobaczy czy uda mu się trochę podpłynąć. Na moje oko nie było to płynięcie, Branio raczej tonął :P Ania też chciała wjechać, ale Bigi nie bardzo, dlatego trzymając w jednym ręku Godecję, drugą próbowałam jakoś wprowadzić Bigiego do wody. Na szczęście wyratował nas cudzoziemiec, mieszkający niedaleko w namiocie, który zgodził się potrzymać klaczkę na chwilę podczas której ja mogłam pomóc Ani. Następnie przyszła kolej na mnie – rozebrałam się z butów i bryczesów i z pomocą pana Łukasza wsiadłam na Brania. Pływanie na nim było świetnym, ale i za razem dziwnym uczuciem! Najpierw wydawało się że Branio się podtapiał, a potem gdy już łapał grunt po kopytami zaczynał galopować i wjeżdżał w krzaki :). Trzeba było się dobrze trzymać grzywy, żeby nie zlecieć do wody. Przez to, że Bigi nie chciał się zanurzyć dalej niż do brzucha, oddałam Ani kasztana a sama próbowałam wejść z jej koniem w ręku do wody i nawet mi się udało :). Dołączyła jeszcze do nas Godecja i w ten sposób wszyscy taplaliśmy się w wodzie, zarówno my jak i konie mieliśmy niezłą radochę :). To był zdecydowanie dzień pełen wrażeń!

IMG_5432

Opublikowano Dzień jak codzień... | 8 komentarzy