Sam na sam z koniem :P

W związku z międzynarodowymi zawodami organizowanymi w Strzegomiu, na które wybrał się pan Łukasz z Godecją zostałam sama z dwoma końmi do jazdy. Szczerze mówiąc nie lubię prowadzić sobie samej treningu, bo nigdy nie wiem czy ćwiczenie, które wykonuję jest w 100% dobrze wykonywane. Poza tym nie wiem czasami jakie ćwiczenia robić, albo jak mam się zachować gdy coś nie wychodzi. Szczególnie ważne jest to na Timonie, którego bardzo szybko można nauczyć jakiś złych nawyków. Na szczęście moje zadanie jest w miarę proste, a do tego identyczne w przypadku obydwu koni: mam utrzymywać leciutki kontakt tak by chłopcy sami się nieśli i starać się by chodzili rozluźnieni z głową na dole. O dziwo jak na razie moje trening były całkiem sensowne i udane, przynajmniej w moim odczuciu bo pewnie gdyby był ze mną Trenejro to mógłby się do czegoś przyczepić :P

Do tej pory miałam trzy „samodzielne jazdy” zaczynając od środy. Co bardzo fajnie, już podczas tych trzech jazd widać progres szczególnie u Sojuza. Oczywiście to ja odczuwam różnicę, ponieważ zaczął bardzo ładnie się rozluźniać i może wreszcie pracować plecami, lecz w takiej sytuacji przydałby się trener żeby np. powiedzieć czy nie ma za mocnego kontaktu, czy więcej łydki dawać, żeby się koń podstawił itp…

Moim zdaniem największe znaczenie (jak na razie) miała druga jazda, którą całą spędziłam na drągach. Idealnie się złożyło, bo gdy przyjechałam na plac z Timonem (którego specjalnie wzięłam jako pierwszego, bo on nie boi się gdy ktoś przestawia drągi, więc mogłabym coś ustawić bezproblemowo) było tam mnóstwo rozłożonych drągów: na kłus, cavalettki na trzy fule w galopie, oraz po kole. I tak był mały problem z podnoszeniem drągów, bo za każdym razem trzeba było zsiadać i…

Na obydwu koniach jeździłam na czarnej wodzy ponieważ zależało mi żeby pracowały górą pleców, więc szyja nie nie mogła być wyżej niż na wysokości pleców. Oba konie pracowały bardzo ładnie, bardzo dobrze zrobiły im galopy przez cavalettki, co prawda ze Scottim był na początku lekki problem żeby się podczas nich nie rozpędzał, szczególnie że wtedy na placu były jeszcze trzy inne konie. Nie powinnam tego pisać , bo przecież pan Łukasz może wejść na bloga i będę miała kolejne ciasto spadkowe do zrobienia , ale podczas jazdy na Timim był właśnie taki jeden mały incydent :P Kiedy przejeżdżałam tą linie z trzech cavaletek w galopie, Agata (która wtedy była zupełnie pochłonięta pracą nad Obłokiem) wyjechała kłusem dokładnie naprzeciwko ostatniej cavaletki, no i oczywiście gdy Tim to zobaczył to natychmiast stopka i do tyłu, podczas gdy ja do przodu :P Na szczęście nic się nikomu nie stało, plac jest zagrodzony więc i Timon nie zwiał bo tak to chyba ze dwie godziny bym go łapała na tym Hipodromie… Wsiadłam jakby nigdy nic i dokończyłam jazdę z powodzeniem (pod względem konia).

Tak jak napisałam na początku jeżeli nie ma trenera też nie wiem czasami, w którym momencie mam skończyć trening i właśnie dlatego po jeździe drągowej byłam trochę na siebie zła. Gdy kilka ostatnich razy jechałam te cavalettki raz udało mi się tak ładnie przejechać w rozluźnieniu, fule się zgadzały i nie było puknięcia i wtedy właśnie powinnam skończyć z dobrym akcentem, ale sobie pomyślałam, że skoro tak ładnie Timkowi to się udaje to można przejechać jeszcze raz. No i niestety następne nie były już takie ładne, a do tego Scotti był już zmęczony, co zaczynał nagminnie okazywać :(

W związku z tym, że przedwczoraj kucyki tak wymęczyłam, stwierdziłam że wczorajsza jazda powinna być bardziej odpoczynkiem, dlatego na obydwu tylko trochę rozgrzewałam się na drągach (oczywiście starając się by byli rozluźnieni) a potem wyszłam na tor i sobie troszkę pogalopowałam pomiędzy przeszkodami. Na Timim się udało, był bardzo grzeczny i spokojny, czego się nie spodziewałam bo aż założyłam kamizelkę na wypadek gdyby dostał jakiegoś odpału.

IMG_0963

Z kolei Sojuz chyba nie był gotowy na taką próbę, bo jak tylko wyszłam z placu, od razu zaczął się na wszystko gapić, a rozluźnienie szlag trafił. Dlatego pogalopowałam sobie jedynie po dużym kole na trawie, w końcu musi się w końcu przyzwyczaić do tego terenu, bo gdy pan Łukasz wróci pewnie będziemy skakać kros :)

Oprócz samych jazd na Timim, staram się mu pokazywać, każdą przeszkodę, żeby przez nie przeszedł lub powąchał, oraz jak najdziwniejsze rzeczy oprócz przeszkód. Zaczęłam od płyty betonowej zakrywającej jakiś odpływ w ziemi, przez który miał przejść. Na początku nie było łatwo, za pierwszym razem musiam się nieźle nakręcić dookoła, żeby w końcu przeskoczył, ale w końcu udało mu się z tym białym czymś na ziemi oswoić. Co prawda musiałam zsiadać podchodzić z kucykiem, pokazując, że stoję na niej i w końcu przekonał się żeby ją powąchać, a Timi coś wącha natychmiast przestaje się tego bać :) Oczywiście ta płyta betonowa to zupełnie inny stwór, od identycznej będącej w drugiej części hipodromu, ale z nią poradziliśmy sobie już szybciej :P

A teraz przed nami kolejny samotny weekend i zaczynam się zastanawiać jak go kucykom zagospodarować…

Opublikowano Dzień jak codzień... | Dodaj komentarz

Pierwsze loty na Smoku :D

Dzisiaj miałam pierwszą od baaaardzo dawna jazdę skokową na Sojuzie:D Pamiętam jak dziwaczne miałam uczucie podczas podczas pierwszych skoków na Smoku, jeszcze przed tym jak go kupiliśmy. Szczerze mówiąc spodziewałam się , że na dzisiejszym treningu będzie podobnie- nie będę mogła się przyzwyczaić, będzie mi niewygodnie i że ogólnie będzie to nieudany trening. Tymczasem okazało się na tyle dobrze, że mam się zapisać z kucykiem na zawody skokowe w Białym Borze (Za dwa tygodnie), a do tego na klasę P i N (!!!). Oczywiście żebyście nie myśleli, że wsiadłam i od razu wszystko zaczęło mi wychodzić :P

IMG_4263

Niestety Sojuz po przerwie w startach ma osłabione mięśnie grzbietu, dlatego aktualnie moim głównym celem, który chciałabym uzyskać jeżdżąc na nim jest zaokrąglenie i opuszczenie jego szyi, dzięki czemu zacząłby pracować mięśniami pleców. W związku z tym przez najbliższy czas będę jeździć dużo na czarnej wodzy, w tym na dzisiejszym treningu. Podczas rozprężenia robiłam dużo przejść, wolt, wyginałam Sojuza w różne strony tak by jak najbardziej go rozluźnić i sprowokować do zejścia na dół z głową. Co ważne na takich dużych koniach trzeba utrzymywać minimalny kontakt i w żadnym wypadku nie pozwalać im się zapierać (poprzez półparadę i odpuszczenie) i wtedy dojeżdżać łydkami by się podstawił. Tak właśnie od samego początku była jeżdżona Bora Pana Łukasza, którą również można zaliczyć do duuużych koni. Ona jednak dzięki dobremu podstawieniu zadu jest wręcz zadziwiająco zwinna i skrętna, co jak sami się domyślacie bardzo pomaga zarówno w ujeżdżeniu jak i w skokach. Niestety Sojuz nie jest w tak dobrej formie, ale pracujemy nad tym :P

Gdy Trenejro kazał mi najechać na pierwszego malutkiego krzyżaczka, byłam naprawdę ciekawa „jak to będzie się czuć” i w sumie chyba spodziewałam się czegoś mniej wygodnego. Jak później stwierdziłam Sojuz jest najmniej wygodny podczas skakania małych przeszkód, lecz im robią się większe tym jest przyjemniej :)

Na początku skakałam pojedyncze przeszkody, a następnie krótkie parkurki. Były to bardzo podobne układy jak na treningu skokowym z Timonem jeszcze przed zawodami. Ogólnie jechało się po czymś w rodzaju ósemki, a do tego dołączało się szereg na fulę. Moim głównym zadaniem było wyprodukowanie okrągłego, aktywnego galopu tak by Sojuz miał się z czego odbijać. Co do odległości do przeszkód zasada jest taka, że im bardziej jedziesz do przodu najeżdżając na przeszkodę tym dalej od niej wypada odskok. Na pierwszy raz wydaje się troszkę bez sensu, ale jak się to przemyśli (lub przepraktykuje) to rzeczywiście się zgadza :) Wystarczy, że wytyczycie sobie jakiś punkt na chodniku np. liść i zaczniecie iść w jego kierunku. Jeżeli będziecie szli szybszym tempem, robiąc dłuższe kroki, to ostatni raz położycie stopę przed liściem dalej niż gdybyście robili normalne kroki albo drobili starając się domierzyć(tak tylko piszę w ramach wytłumaczenia :)).

Najeżdżając na przeszkodę miałam kierować się właśnie tą zasadą, nie zapominając też o mocnym wsparciu łydką także podczas odbicia, a gdy pomimo stosowania tej reguły robiło się blisko, wystarczyło żebym została z ciałem z tyłu, oczywiście cały czas wspierając łydką, a Sojuz sam się wycofywał. Wydaje się to bardzo łatwe do zapamiętania i realizacji, ale jeszcze wchodzi w w grę siła z jaką przykłada się łydki- w moim przypadku zdarza się tak że wydaje mi się że przykładam, a potem słyszę, że albo było za mało, albo w ogóle ich nie było… :P

Jak sami pewnie zauważyliście najlepiej zapamiętuje się pewne rzeczy, gdy towarzyszą temu jakieś większe emocje… Była taka jedna sytuacja gdy po całym parkurku najeżdżałam na szereg. Odległość niezbyt pasowała: Sojuz albo mógł odbić się z daleka, albo tupnąć. Wybrał trzecią opcję czyli się zatrzymał, a ja tymczasem zrobiłam „półupadek”… Teoretycznie zleciałam, ale spadłam na nogi :P Jak to już wcześniej wspomniałam (pomimo, że wydawało mi się, że przyciskam łydki) usłyszałam od pana Łukasza, że już dwie fule wcześniej odstawiłam je, bo chciałam żeby tupnął… Podczas nastepnego razu gdy przed odskokiem, wręcz wbiłam ostrogę w bok biednego Sojuzika było już wg Mistrza „bardzo dobrze :P

Po jeździe trwała jeszcze długa dyskusja, której celem było ustalenie czy mój „półupadek” liczy się jako upadek czy jednak nie. Niestety WSZYSCY stanęli przeciwko mnie, nawet Agata! Niestety zostałam przegłosowana co oznacza, że już mam dwa zaległe ciasta upadkowe :P

Opublikowano Dzień jak codzień... | 12 komentarzy

Ekscytujący weekend

Jak wiecie przez ostatnie dwa dni startowałam w regionalnych zawodach skokowych. Przez to, że były one organizowane „na miejscu” (czyli w Sopocie) nie czuło się aż tak klimatu zawodów i związanego z nim stresu. Rano gdy wychodziłam do stajni czułam się prawie tak samo jakbym szła na trening… tyle, że w białych ciuchach :P

Pierwszego dnia miałam być w stajni przed 9.00 rano, tak więc przyszłam w punkt. Mój konkurs miał się zacząć koło 9.30, więc razem z Agatą (która też startowała w tych zawodach) poszłyśmy zobaczyć parkur L-ki. Okazało się jednak, że trzy dziewczynki spóźniły się na swój konkurs i wtedy na szybko oglądały trasę konkursu na koniach. A wspominam o tym dlatego, że były to przejazdy pełne zwrotów akcji :) Wszystkie dziewczynki jechały po dwa razy i też wszystkie pierwsze trzy skończyły się eliminacją. Dziewczynki walczyły dzielnie, ale niestety nie dało się pokonać przepisów: trzy wyłania= eliminacja. Z pozytywnym nastawieniem rozpoczęła swój drugi przejazd pierwsza z nich. Zaczęło się bardzo ładnie i wydawało się, że tak będzie do końca, ale kucyk okazał się sprytniejszy… przy nadarzającej się okazji postanowił za wszelką cenę wyjechać z placu, a że dziewczynka zdawała się nie wiedzieć co się dzieje, nie było to takie trudne. Następny kucyk poszedł w jego ślady… więc pozostało mi trzymać kciuki za ostatnią parę. Dziewczynce udało się przejechać cały parkur, z jednym wyłamaniem, ale najbardziej podobało mi się jak walczyła gdy po wyłamaniu wisiała na szyi swojego kucyka. Szkoda, że tego nie nagrałam, bo dziewczynka kilkakrotnie mało co nie zlatywała, ale w ostatniej chwili chwytała się grzywy albo zaczepiała nogą o siodło :) Podobał mi się też ten kucyk, który pomimo nietypowej sytuacji i jeźdźca wiszącego u szyi, stał jakby nigdy nic. Nie wyobrażam sobie Timona w takiej sytuacji :P

Co do moich własnych przejazdów to muszę przyznać, że pierwszego dnia nie zaliczam do zbytnio udanych. Teoretycznie miałam w obydwu przejazdach tylko po jednej zrzutce, ale znacznie bardziej zależało mi na stylu tych przejazdów. Trzy główne uwagi: więcej łydek, mniej przytrzymywać i aktywniejszy galop.

Spodziewam się , że lepiej by mi się jechało gdyby nie to, że byłam zestresowana podczas rozprężenia. Rozumiecie: Timon+ mały plac + dużo koni. Niestety jego strach przed końmi stanowi drobny problem, ale trzeba przyznać, że i tak już jest lepiej: boi się tylko koni, które szybko jadą naprzeciw niego. Wiem, że ten uraz nie jest Timiego winą, ale gdy on się stresuje przechodzi to częściowo na mnie i nie umiem się tego pozbyć nawet już po wjeździe na parkur :(

Na szczęście szybko przeszedł mi zły humor, bo… miał przyjechać do Sopotu Sojuzik :))) Zobaczyłam naszą przyczepę gdy byłam na trawce z Timonkiem i niestety musiałam mu przerwać tą ucztę, by jak najszybciej ulokować Smoczka w kwaterze. Ale miło było go zobaczyć po tak długim czasie, już dawno nie słyszałam tego jego słodziastego cichego rżenia na przywitanie <3.

IMG_6042IMG_6066

Odnośnie moich dzisiejszych przejazdów, pod względem wyników tak samo jak poprzedniego dnia, ale co do stylu: zupełnie inna bajka. Prawie w całości udało mi się zastosować do wskazówek pana Łukasza. Przejazd L-kowy jechało mi się bardzo dobrze, pierwszą fazę przejechałam bezbłędnie i drugą też… bym przejechała gdyby nie to, że na ostatniej przeszkodzie „już witałam się z gąskami”, przez co nie wycofałam ciała wystarczająco i zrzutka. Czyli pierwsza i ostatnia przeszkoda- wpadka (na jedynce nie zdążyłam się zabrać z ciałem :P). Lecz reszta była w bardzo dobrym stylu, z łydeczką i aktywnym galopikiem. Podczas przejazdu wydawało mi się, że pędzę jak szalona, ale gdy obejrzałam mój film, wyglądało to o wieeele wolniej :P

A tutaj piękny przejazd Agaty na Lift Ewita, który zapewnił jej 8me miejsce na 63…

Teraz opowiem krótko o moim drugim przejeździe, bo oprócz niego mam jeszcze coś do powiedzenia, a ten wpis wydaje mi się już dość długaśny :P Przejechałam P-tkę też o wiele lepiej niż poprzedniego dnia, ale już nie tak dobrze jak L-kę. Na prawdę była już wtedy dość zmęczona i sądzę, że to spowodowało mój częściowy brak koncentracji i myślenia podczas parkuru. Dlatego właśnie, że dwa razy gdy robiło się za blisko nie cofałam ciała tylko zostawiał Timka samego, albo nie wyszło mi przytrzymanie Scottiego w linii podczas dwóch pierwszych fuli, ttak by następne były luźniejsze. Ale częściowo też to było moim zadaniem, zostawiane kucyka przed przeszkodą by sam podejmował decyzje, by nauczył się myśleć i szybko reagować. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło :P

Po tych wszystkich emocjach czułam się naprawdę wyczerpana, ale miałam jeszcze wsiąść na Smoczka :)Pierwsza moja uwaga, po wsiąść: ale on ma gęstą grzywę (będę musiała doprowadzić ją do porządku :( ) Pani Kasia mówiła o czymś takim – „skaryszewska grzywa”…

IMG_6067

Z moich ostatnich jazd na Sojuziku, zapamiętałam, że patrzy się na wszystko dookoła, więc to akurat mnie nie zdziwiło. Lecz muszę przyznać, że zupełnie zapomniałam jak on bardzo wybija w kłusie! Przez pierwsze chwile myślałam, że się po prostu nie utrzymam w siodle. Nie wiem jak ja wtedy umiałam (i teraz mam się nauczyć) utrzymywać się w kłusie ćwiczebnym podczas przejazdu ujeżdżeniowego. Za to galopowało mi się bardzo przyjemnie :) Do tego Sojuz zapunktował u mnie bardzo ładnymi skróceniami. Spodziewałam się, że galopy będą takie rozciągnięte, zupełnie bez podstawionego zadu, a tu okazuje się, że całkiem dobrze to wychodzi – zapewne dzięki wielomiesięcznej pracy Pani Kasi:) I tak najbardziej jestem ciekawa jak jutro pan Łukasz zareaguje na nowego kucyka do trenowania i w ogóle jak będzie wyglądała nasza pierwsza jazda… bo widzę jeszcze dużo pracy przed nami :)

Opublikowano Na zawodach | 6 komentarzy

Sztuka cierpliwości

Gdy byłam jeszcze w Ameryce, usłyszałam od mojej cioci bardzo trafne zdanie (nie pamiętam jak do końca szło, więc podam tylko znaczenie :P), że czasem dzięki przerwie można zrobić większe postępy niż po ciągłej pracy… i rzeczywiście tak się właśnie ze mną stało :) Zapomniałam jak jeździłam przed wyjazdem i teraz jakby spojrzałam na to z innej perspektywy. Oczywiście przez ten czas Timon nie miał wolnego, tylko cały czas był jeżdżony przez pana Łukasza. Odkrył on, że Scotty nie chciał się wyginać w prawo, ponieważ był zablokowany psychicznie lub też z powodu przykurczu albo nie rozciągnięcia lewego mięśnia szyjnego. Dlatego przez cały okres mojej nie obecności pracował dużo na kółkach, wyginał Timka w obie strony i robił mnóstwo łopatek. Do tego kucyk jest bardzo delikatny w „lewym pysku” dlatego trzeba było mieć lżejszy kontakt na lewej wodzy. Dzięki pracy mojego trenera Timson w końcu zaczął zginać się w prawo co też umożliwiło normalne zakręcanie. Co prawda jeszcze trochę w galopie zostawia do życzenia, ale wydaje mi się że to bardziej przez moje nastawienie -nadal mam lekkie opory przed zakręcaniem w tą stronę :P

Z kolei na wczorajszym treningu pracowaliśmy głównie nad Timonem nie nade mną (co zdarza się raczej rzadko). A mianowicie Trenejro jeżdżąc i startując na Scottym zauważył, że kucyk ma tendencje do pędzenia do przeszkód oraz, że zdarza mu się bardzo daleko lądować po przeszkodach, co np. może być bardzo kłopotliwe w liniach czy szeregach. Najprawdopodobniej jest to częściowo moja wina (:( ) ponieważ ja z kolei często aż za bardzo dojeżdżam konie do przeszkody, rozpędzam je, a w efekcie one wręcz wpadają w przeszkodę (czyli znów wychodzi, że jednak bardziej pracujemy nade mną niż nad koniem :P). Ogólnym celem naszej jazdy było nauczenie Timsona wycofywania i jednoczesnego podstawiania się przed przeszkodą, a co do mnie, nauczenie się cofania ciała przy najeździe na przeszkodę i mniejszego dojeżdżania biodrami i łydkami.

Podczas całej jazdy pracowaliśmy głównie na przeszkodach nie większych niż 70 cm. Było tak kilka stacjonatek i okserków, które miałam za zadanie jeździć w ciągu po ósemce, a także mały szereg złożony z trzech przeszkód z drągami wyznaczającymi każdą fulę. Moja pierwsza ósemka szczerze mówiąc była bardzo słaba, ciągle musiałam się zatrzymywać bo Timson za bardzo się rozpędzał, do tego ja byłam trochę zestresowana obecnością na placu dwóch innych koni (chyba bardziej ja się tym przejmowałam niż koń). Najgorsze było to, że pan Łukasz powtarzał, że zachowanie Scottiego jest spowodowane moim dojeżdżaniem biodrami, podczas gdy ja robiłam to zupełnie nieświadomie, po prostu tak byłam nauczona wcześniej.

I tak po kilku kolejnych próbach, wreszcie zaczęło coś wychodzić. Co prawda takie ograniczanie bioder było dla mnie trochę nienaturalne, ale jeżeli podziałało, znaczy, że ma to sens. Wtedy oprócz pojedynczych przeszkód zaczęłam najeżdżać też na szereg. Na początku Timson się podniecał i tak jak wjeżdżałam w szereg wolniutkim galopem, tak kończyłam dzikim galopem. Musiałam się zatrzymywać na płocie :). Do tego dochodziła też kwestia pozycji mojego ciała w środku szeregu: raz była za bardzo z tyłu, innym za bardzo z przodu. Częściowo wynikało to z mojego braku równowagi podczas skoku, muszę przyznać, że telepałam się na tym koniu jak nigdy, ale nie można było się spodziewać, że siedząc drugi raz na koniu od trzech tygodni wszystko będzie idealnie. Na szczęście na koniec oboje się w miarę ustabilizowaliśmy i rzeczywiście wtedy można było równie dobrze rzucić wodze przy najeździe na przeszkodę, a Timon i tak by sobie spokojnie galopował jakby nigdy nic. Dobrze mieć konia, u którego tak łatwo można naprawiać błędy niedoświadczonego juniora :)

Opublikowano Dzień jak codzień... | 8 komentarzy

Na okrągło z końmi :P

Witajcie po długiej przerwie, mam nadzieję że i wy znaleźliście podczas wakacji czas na odcięcie się od świata, zupełny relaks i… naładowanie baterii na kolejny rok szkolny :) Jednak nie udało mi się tak całkowicie zapomnieć o reszcie świata, muszę przyznać, że trochę tęskniłam za Timonkiem :) Zobaczyłam go już w piątek i później w weekend – tak się słodko do mnie tulił!!!… IMG_0925 IMG_0928

Pan Łukasz nie mógł wtedy mieć ze mną treningu z powodu zawodów skokowych, dlatego to ja miałam go ruszyć. Uznałam, że tak dla odmiany można by było zafundować Timiemu prawdziwą lonżę: na czarnej wodzy, z drągami w kłusie i galopie. Ogólnie chciałam żeby Scotty się rozluźnił i popracował trochę grzbietem na drągach z głową u dołu. W sobotę gdy już spuścił trochę pary zaczęło bardzo ładnie wychodzić w kłusie, szczególnie na małych kółkach, ale i tak najbardziej zadowolona byłam z lonży w niedzielę. Wtedy udało mi się nawet osiągnąć rozluźnienie w galopie. Do tego dołączyłam jeszcze trzy drągi po łuku, przez które Timi na początku się trochę zabijał, ale to bardzo dobrze- uczy się sam myśleć. Zauważyłam podczas tego ćwiczenia, że choćby nie wiem jak krzywo naprowadzić Scottiego na drągi, nie przejdzie mu nawet przez myśl żeby je ominąć. Taki słodziak :)

IMG_0938

Gdy tylko moja mama wyjechała w sobotę z powrotem do Warszawy, poczułam trochę smak samotności. Dlatego postanowiłam, że zabiorę się następnego dnia na zawody skokowe na które jechał Trener i dziewczyny, tyle że ja raczej w roli luzaka. Mieliśmy wyjeżdżać o 9.30, a ja jeszcze przed tym musiałam wylążować Timsona. Oznaczało to, że w niedzielę, dzień wolny byłam w stajni już koło 7.30 :P

Pan Łukasz startował na Godecji w N-ce i na Borze w klasie C, czyli konkurs 130cm i 140cm. Zapowiadało się ciekawie. Miałam też nadzieję, że w końcu zobaczę jak trenejro coś wygrywa (Kwieki, pierwsze miejsce na Godecji w 1*- nie było mnie, dzień poprzedni, 1st na Borze w C- nie widziałam :( .

Zawody zaczynały się od Mistrzostw Pomorza Juniorów Młodszych na kucach. Jak ja uwielbiam kucyki!!! Aż przyjemnie było patrzec na te miniaturki koni, kicające sobie 40 cm przeszkody. Szczególnie podobała mi się dziewczynka startująca jako ostatnia w tym konkursie. Jechała na siwym kucyku chyba grupy A1. So cute :P

Trzeba przyznać że klaczki pana Łukasza bardzo się tego dnia starały. Pomimo, że był mały plac przez co i parkur został postawiony bardzo kręto i zawile, przejechały (z wyjątkiem jednej) na czysto i w dobrym czasie, dzięki czemu zajęły drugie i trzecie miejsce. Co prawda liczyłam raczej na złoto, ale najwyraźniej jeździec nie był na tyle dobry :P

Konkursy N i C, były dwufazowe, czyli de facto każdy koń miał po dwa przejazdy (a pomiędzy nimi trzeba było je stępować). Jako „luzak”, z dwoma końmi jeszcze da się wyrobić, nie omijając samych przejazdów, ale obsłużenie czterech czy pięciu koni byłoby już ogromnym wyzwaniem. I tak musiałam się zwijać szczególnie po skończeniu ostatniego konkursu kiedy to trzeba było obrobić Borę, spakować cały sprzęt i jak najszybciej ładować to wszystko do samochodu. Udało nam się wyjechać koło 19.15, czyli w stajni byliśmy koło godzinę później. Niestety nie udało mi się wykorzystać tego dnia w pełni. O 20.15 zaczynał się mecz siatkówki na Ergo Arenie w Mistrzostwach Świata na który chciałam iść. W sumie i tak nie zdążyłabym już kupić biletów, więc mogłam się zająć z kolei rozładowywaniem sprzętu i koni. Zanim się obrobiłam, przygotowałam żarcie dla Timiego itp – była już 21.00. Niema to jak spędzić 13 godzin z końmi… :D A ja obiecywałam rano Timiem, że po powrocie jeszcze pójdę z nim na trawkę :(

Co do nowości jak wiecie Smok jechał w ostatni weekend zawody skokowe, a w najbliższą sobotę przyjeżdża do mnie do Sopotu, postartujemy sobie razem wkkw do końca sezonu. Ciekawa jestem jak się będzie trenowało na dwóch tak różnych koniach!10672361_616664375116740_2215751033940848376_n

Opublikowano Na zawodach | 14 komentarzy

Wakacje!

Jestem już po drugiej stronie oceanu. Mam ładować baterie przed trudnym rokiem, który mnie czeka. Dlatego do 7 września nie będę wieszać wpisów końskich, jeździeckich etc.

Póki co, jak już pewnie wiecie, Smoczuś ukończył w ostatni weekend zawody wkkw w Bogusławicach, z wynikiem 54pkt na ujeżdżeniu, jedną zrzutką w skokach i krosem na czysto! Cieszę się że Smoczuś wraca do tego co kocha najbardziej!

1560675_586117361498225_7441086699991399483_n (1)

Co do mnie na wakacjach – wczoraj pooglądaliśmy sobie NY, wpadliśmy do kilku sklepów, a jutro lecimy w dalszą drogę nad morze. Niewątpliwie superowo jest mieć ciocię która mieszka akurat w takim miejscu!!!

IMG_6512

Do przeczytania we wrześniu!

Opublikowano Dzień jak codzień... | 12 komentarzy

Powrót Smoka :)

Otóż na specjalne życzenie donoszę, że Smok sukcesywnie wraca do sportu. Wciąż stoi w Grzmiącej i dużo czasu spędza na padokach ze swoim przyjacielem Treworkiem.

Pani Kasia przywraca jego kondycję i pracuje nad techniką. Startował już jak wiecie w zawodach ujeżdżeniowych dwa razy w tym roku, raz w zawodach skokowych pod Panią Kasią (zdjęcie ze strony Stajni Grzmiącej na fb):

1039887_582160028560625_5410070684304429143_oW najbliższy weekend Smok będzie startował w zawodach wkkw w Bogusławicach. W planach ma starty w wkkw przez całą jesień i co dalej będzie, to zobaczymy. Trzymajcie za niego kciuki w najbliższy weekend!

 

Opublikowano Dzień jak codzień... | 6 komentarzy