Mój dzień

Chcieliście znać rozkład mojego fascynującego dnia. Ponieważ pisać o czymś takim jest ciężko („wstaję 6.30, myję ząbki etc…”), dlatego odpowiadam Wam w postaci fotorelacji. Miłego oglądania, ale uprzedzam, że z wrażenia nie zaśniecie! :P

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (9)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (16)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (11)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (8)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (14)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (5)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (1)

W związku z tym, że niedługo przyjeżdża do mnie mama, to żyję obecnie na resztkach jedzenia. Normalnie sama bym sobie zrobiła jedzenie do szkoły, ale ponieważ już nic w domu nie mam, to sobie je kupiłam.

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (15)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (3)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (2)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (12)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (10)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (7)

Akurat zbierano w szkole fundusze na cel charytatywny i był pełny wybór smakołyków w niskich cenach… Tanio i smacznie! Szkoda, że nie jest tak każdego dnia ;)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (4)

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (6)

Jeszcze dwie lekcje…

KakaoTalk_Gonia_3 marca 2015 (13)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (2)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (3)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (4)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (7)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (5)

Tego dnia wyjątkowo szybko się wyrobiłam, bo trenowałam tylko na Czarku, a Sojuz miał spacerek, bo ma odcisk na plecach który musimy zaleczyć.

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (8)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (6)

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (9)

Jutro zamierzam wstać o 5.30 żeby się uczyć, bo dziś już nie mam siły. Dlatego wcześniej idę spać…

KakaoTalk_Gonia_4 marca 2015 (10)

Opublikowano Dzień jak codzień... | 21 komentarzy

REMONT BLOGA!

Tak, tak, po trzech latach działania mój blog czeka REMONT. I to taki generalny! Dlatego mam prośbę o podpowiedzi co byście chcieli do bloga dodać, co zmienić, co przebudować? Wszystkie pomysły i uwagi są cenne!

Propozycja o dodaniu zakładki „moje konie” jest już uwzględniona. Co jeszcze? Piszcie!

PS Nie obiecuję, że wszystko da się zrobić, ale będę się starać…:P

remont

Opublikowano Dzień jak codzień... | 33 komentarzy

Pechowy dzień

Już od samego rana kiedy to śledziłam na zawodykonne.com wyniki moich klubowiczów, zauważyłam, że jakoś nie idzie najlepiej. Tak z ciekawości porównałam wyniki końcowe wczorajsze z dzisiejszymi i rzeczywiście dziś było znacznie mniej np. czystych przejazdów. Niestety ten pech również przełożył się na moje przejazdy… :(

Tym razem jechałam tylko dwa razy, obydwa w N-ce tak więc mogłam pozwolić sobie na przyjście do stajni dopiero na 15.30 :) Po obejrzeniu parkuru mogłam prawie natychmiast wsiadać na konia ponieważ on czekał w stajni już osiodłany, jednak nie byłam pewna co robić ponieważ facet wpuszczający konie na hale mówił, że konkurs zacznie się za 20 min, a inna organizatorka z kolei że za 10 albo 5. Tak więc stwierdzałam, że pójdę do stajni ale nie będę się specjalnie śpieszyć. Co się okazało- pierwszy zawodnik wystartował 2 min od wtedy, tak więc na rozprężalni byłam troszkę za późno. Naprawdę mogłoby się wydawać, że coś po prostu nie chce żebym wystartowała, bo pojawił się kolejny problem. Zapomniałam założyć wytoku, tak więc znów dzwonimy po kogoś żeby przyniósł. Itd. Już wtedy byłam lekko zestresowana tą sytuacją, ale przecież to jeszcze nie mógł być koniec! Natępnie rozwalił mi się suwak w sztylpie. No i oczywiście jechać tak czy nie?, szukać taśmy czy nie? Zdemontować całość (na sztylpie była ostroga, potem rozpiąć, naprawić suwak itd.) czy zostawić?

Nie wiem jak, ale udało nam się nawet za wcześnie wyjechać na dużą halę tak więc miałam trochę czasu na zebranie myśli i skupienie się na robocie. Sojuzik był jakoś dziwnie spokojny, ale miałam nadzieję, że na parkurze się trochę rozbudzi. Co do samego przejazdu nie był on najlepszy, jedna zrzutka zdarzyła się przez to, że Smok krzyżował a druga prawdopodobnie dlatego, że nie oddałam wystarczająco ręki w skoku. Smok tym razem nie pokazał skrzydeł – nie rozbudził się wystarczająco. Ale też wydaje mi się, że to nowe mocniejsze wędzidło go zdominowało i ograniczało, dlatego wydaje mi się, że trzeba będzie z powrotem przejść na oliwkowe na którym jechałam pierwsze zawody N-owe. Dwie rzeczy z których jestem zadowolona to oczywiście to, że kucyk pomimo wędzidła się bardzo starał oraz to za co mnie Trener pochwalił, czyli dobre decyzje odnośnie trasy i odległości do przeszkód :)

O przejeździe na Czarku chyba raczej nie będę się rozpisywać bo jechało mi się źle (pomimo, że z zewnątrz nie wyglądało tak strasznie jak się czułam). Do tego sytuacja na rozprężalni troszkę mnie rozbiła, ponieważ o mało nie zabiłam się na okserze. Chciałam zrobić jeszcze jedną fulę przed skokiem, a kucyk odbił się tak jak należało- ja się nie zabrałam… Z tego wszystkiego gdybym się nie zapytała dyżurnego wpuszczającego ominęłabym mój start. Aktualnie jestem trochę zła i chyba smutno mi też, ponieważ wszystko co złego zdarzyło się podczas tego przejazdu było moją winą- a co gorsze nie robiłam tego świadomie. Cały czas czułam jak kucyk mi pędzi, żeby temu zapobiec zaczynałam robić półparady. Gdy one nie działały wisiałam na wodzach. Niestety to pędzenie to nie była zupełnie Czarka wina, ponieważ dołem byłam mega zaciśnięta (też przez to wywalało mnie z siodła), co on odbierał jako rozkaz ruchu do przodu (druga opcja jest, że przed tym uciekał). W każdym razie zastosowanie się do komentarza Trenera „więcej luzu”- gdyby to było takie proste!

Opublikowano Na zawodach | 10 komentarzy

Dziki dzień :D

Wczoraj startowałam tylko trzy razy: P i N na Sojuzie i raz w N na Czarku. Najbardziej się stresowałam przed tym ostatnim przejazdem (zdecydowanie było to widać również podczas przejazdu), bo przecież wczoraj siedziałam na nim po raz szósty od miesiąca i od razu na zawody 120 (od początku wiedziałam że to bardzo ambitny plan). Ale po kolei… :)

Przyszłam do stajni dopiero koło 14.10 (luksusowo :D) na oglądanie parkuru do P. Startowałam jako 56ta tak więc miałam jeszcze mnóstwo czasu… a jak się człowiekowi nudzi to zawsze można wyczyścić sprzęt :P

11024661_710437682406075_1808230515389769618_n

Odnośnie pierwszego przejazdu – tak jak na rozprężalni Smok zachowywał się bardzo kulturalnie – tak na samym parkurze złapał zdecydowanie za dużo wiatru w żagle. Już przy najeździe na pierwszą przeszkodę czułam jakieś dziwnie mocne napięcie na wodzach, do tego po wylądowaniu zrobił typową dla niego dzidę, ale jakoś udało mi się go ogarnąć. Po szeregu nr 4 niestety musiałam Sojuza trochę rozjechać do piątki po łuku- i wtedy się zaczęło. Jak normalny koń gdy pędzi to nic innego go nie obchodzi, tymczasem u Sojuza dochodzi dodatkowy efekt „boję się wszystkiego, co się rusza lub nie!!!”. Nie wiem na czym to do końca polega, ale możliwe, że w takich sytuacjach opanowuje Smoka szaleńczy szał, przez co im szybciej się porusza tym mniej może ogarnąć z otoczenia… :P No inaczej nie umiem wytłumaczyć na przykład sytuacji gdy przy najeździe na tripla w drugiej fazie najpierw odskoczył mi od przeszkody w prawo, a potem jakimś cudem dojrzał swym bystrym okiem faceta stojącego z kupozbieraczem i jak się odwinął w lewo to nie wiedziałam czy trafię w przeszkodę (najlepsze- nie zrzucił! :P)! A do ostatniej wyszedł mi taki kulawy skok, bo już po A- nie miałam siły żeby go przytrzymać, a po B- pomyślałam sobie, że jak się walnie to może coś przestawi mu się w głowie i zapamięta, że jak się pędzi na chama to później boli- ale się skurczybyk wyratował :P (najbardziej podobał mi się komentarz Trenejra: „no widać, że jest w formie” :P)

11034189_451838464978894_8624972789766100372_n

Na szczęście na N udało się załatwić mocniejsze wędzidło, tak więc byłam w  miarę pewna, że tym razem parkur zostanie przejechany po kontrolą. I muszę przyznać, że jechało mi się całkiem przyzwoicie :) Pierwsza cześć parkuru była bardzo fajna, wszędzie mi pasowało do tego czułam się bardzo dobrze też w skoku (tak jakby „w harmonii z koniem” :P). Przy najeździe na siódmą przeszkodę niestety miałam zrzutkę, pomimo tego, że zrobiłam wszystko co ustalaliśmy z Trenerjem- trzy fule na wprost i wtedy dopiero skręcić na następną, zostaną idealnie trzy- i wyszło dwie i pół :P Jeszcze w ostatniej linii (szereg na fulę do stacjonaty po łuku) troszkę schaniłam, bo miałam moje słynne widzenie tak więc do stacjonaty niestety chciałam urwać fulę… ale okazało się, że nadal jest za daleko więc Sojuz musiał wyratować mnie z opresji zarówno wtedy jak na następnej fulę później i w efekcie tej małej wpadki nie zgadzała się odległość do ostatniej przeszkody (trochę się nie zabrałam) więc „nasze ciała (już nie) stanowiły jedności” :P

Co mnie najbardziej zdziwiło (chyba zapamiętam to do końca życia) to moment kiedy to pan Łukasz podszedł do mnie po zjechaniu z parkuru i pierwsze co powiedział to „ta zrzutka to nie twoja wina…”. A ja zupełnie w szoku, bo przecież zawsze jest wina jeźdźca! Jak się okazało też czasami może być po prostu niepasująca odległość… :P

I nareszcie przechodzimy do Czarunia <3 Ogólnie na rozprężalni był dość spięty , też trochę się bał tłumu koni, ale w miarę gdy go rozprężałam oboje stawaliśmy się pewniejsi. Po pierwsze pamiętałam, żeby się nie usztywniać tułowiem, ponieważ kucyk wtedy również staje się zupełnie sztywny a do tego często jakby prostymi nogami uderza o ziemię (np., w galopie), no i co najważniejsze mocno podpierać go łydką żeby mieć go pod kontrolą i zamknąć go pomiędzy pomocami. Na szczęście po skoczeniu kilku przeszkód na rozprężalni, już nie zwracał uwagi na innego poza skokami. Nie tylko miałam wrażenie, że przekłada tą energię żeby bardziej się skoncentrować na zadaniu. Tak jak już kiedyś pisałam znów niestety pojawił się problem wypadania z siodła, a żeby złapać równowagę zaciskałam się nogami przez co kucyk zaczynał się wkurzać i brykał.

W sumie opierając się tylko na filmie (akurat jest on nakręcony z miejsca gdzie nie było widać żadnych krytycznych momentów) mogłabym powiedzieć, że jechało mi się wyśmienicie (oprócz jednego brykanka) i że w ogóle wszystko cudowanie i świetnie… Tymczasem odnosząc się do moich własnych odczuć, przypominałoby to raczej komedio- horror :P

Ogólnie kucyk przywitał mnie bardzo ładnie, ponieważ tuż po skoczeniu pierwszej przeszkody (teoretycznie w równowadze itp.) zrobił małe brykanko, w wyniku którego wypuściłam z prawej ręki zupełnie wodze… Po chwili paniki, wzięłam siebie i wodze w garść i starałam się nie zabić na następnej przeszkodzie. Ogólnie zauważyłam, że z tego przejazdu pamiętam o wiele mniej momentów niż np. z przejazdu na Sojuzie- co oznaczało, że tym razem ja byłam w jakiegoś rodzaju szale :P Ale z tego co jeszcze pamiętam mogę powiedzieć, że podczas całego przejazdu niestety troszkę za mocno siedziałam w siodle przez co dodatkowo się zaciskałam i dalej kucyk się lekko denerwował (np. szarpał głowa, albo przyśpieszał). Szczególnie na przeszkodzie 5 dało się zobaczyć jak tracę równowagę, muszę pamiętać żeby cały czas trzymać głowę w górze i lądować na pięty, bo inaczej dodatkowo przyciskam łydkę (razem z ostrogą), a z ogólnej zasady wynika że: człowiek- łydka= konik- dzida :P

Po zjeździe z parkuru na pytanie Trenera „co to było?!” jedynie byłam w stanie odpowiedzieć, że powinien mnie pochwalić, za to że nie spadłam :P Oprócz tego, że p. Łukasz troszkę się użalał na biednym Czarkiem, który na pewno wolałby jeździć pod nim, a nie pode mną, to jeszcze ciągle mówił „więcej luzu, nie możesz się tak spinać bo wtedy się zaciskasz… więcej luzu”- łatwo powiedzieć :P

Gdy już stępowałam ma Chenaro na dworze miałam mega wyrzuty sumienia, bo przecież nie dość że tak się miotałam po tym koniu to jeszcze on się postarał żeby nie było ani jednaj zrzutki, że w końcu w żeby mu to jakoś wynagrodzić, zsiadłam z niego i stępowałam w ręku, potem dałam jabłka i cukierki, a na koniec jeszcze górę siana (jeszcze extra- wyściskałam go, ale to raczej mi bardziej pomogło niż jemu :P).

1488081_710570215726155_6683741004984154914_n

Opublikowano Na zawodach | 16 komentarzy

Końca roboty nie widać…

W związku z przygotowaniami do weekendowych zawodów (znowu regionalne skoki w Sopocie), wczoraj od razu po powrocie Trenejra z Lublina zabraliśmy się do roboty. Tego dnia miałam tylko jedną jazdę na Sojuzie (Czarek zaledwie spacer), ale za to pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna skakałam :) Tak jak się spodziewałam Smoczuś nie chodził najlepiej- podczas trzech poprzednich dni nie skupiałam się raczej na jeździe ujeżdżeniowej. W piątek nie dało się zbytnio jeździć ponieważ na hali roiło się mnóstwo koni (zawody dresażowe), w sobotę jak wiecie była plaża :), a w niedzielę spacerowaliśmy po torze z przerwami na trawkę, więc Sojuz miał prawo być trochę sztywny. Po rozgrzewce moim zadaniem było skakanie przez małą stacjonatkę z drągami po obu stronach tak, jakby to była zwykła cavaletka- koń miał być rozluźniony z głową w dół. W sumie Sojuz sprawował się całkiem nieźle, ale mi po około miesiącu nie skakania zajęło chwilę żeby się wjeździć (np. złapać równowagę w skoku). Nie chcieliśmy Smoka nadmiernie męczyć dlatego od razu przeszliśmy do mini prakuru składającego się z okserów i stacjonat koło metra. Przejeżdżając ten parkur czułam, że Sojuz dosłownie przelewa się przez te przeszkody, był zdecydowanie za mało pobudzony, a gdy powiedziałam o tym Trenerowi, on tylko wskazał mi okser (koło 120) mówiąc „to pojedź tamto, tylko się nie zabij…”- bardzo trafna uwaga :P Skończyło się na tym, że jeszcze dwa razy skoczyłam okser, a potem jeszcze takiej wysokości stacjonatę tyle, że z ostrzejszego zakrętu. Za pierwszym razem gdy po oddaniu skoku podjechałam usłyszeć uwagi (raczej liczyłam na pochwałę) p. Łukasz tylko podsumował: „zmobilizowałem cię wysokością, i koń skacze” :P

Dzisiaj również miałam trening skokowy jednak tym razem na Czarku. Identycznie jak wcześniej z Sojuzem nie chcieliśmy go męczyć dlatego przeszkody tak powyżej 110 skoczyliśmy tylko jeden raz na koniec. Kucyk skakał bardzo dobrze, co prawda ciągle brykał mi po lądowaniu, ale to przeze mnie (starałam się tym nie denerwować, w końcu siedziałam na nim 3 raz od miesiąca) i troszkę podszarpywał głową (zapewne również z powodu mojej ręki albo czegoś). Zmartwiła mnie jedna rzecz. Wcześniej zauważyłam to na Sojuzie, ale wtedy nie było tak mocno odczuwalne. Mianowicie przez to, że nie ląduję na strzemiona lecę tułowiem na szyję konia. Jak zwykle ze mną bywa przechodzę ze skrajności w skrajność- gdy przyjechał do nas Chenaro miałam problem z nadmiernym odchylaniem się do tyłu przy lądowaniu, a teraz dokładnie odwrotnie… Podczas zawodów muszę pamiętać, żeby trzymać nogi z przodu i mam nadzieję że sam obowiązek patrzenia na następną przeszkodę będzie na mnie wymuszał bardziej pionowe trzymanie sylwetki :)

Ostatnimi czasy miałam także dużo treningów ujeżdżeniowych. Zaczynając ponownie od Sojuza we wtorek po skokach byłam raczej nastawiona na średnio udaną jazdę, okazało się jednak, że koń wcale nie chodził źle tylko ja nie pozwalałam mu się poprawić. Zrozumienie tej zależności zajęło mi godzinę prawdziwej jazdy. To chyba był pierwszy trening kiedy to nie miałam już w ogóle siły. Trener wymęczył mnie jak nigdy, szczególnie na końcu, kiedy to i ja i Sojuz mieliśmy już lekko dosyć, a Trenejro stwierdził, że nie możemy przejść do stępa dopóki nie przejadę całego koła bardzo dobrym kłusem (energicznym, podstawionym, wpisanym w koło, na lekkim kontakcie). Zapomniałam o najlepszej części – to wszystko odbywało się BEZ STRZEMION!!!. Niestety nieustannie i ciągle na nowo muszę walczyć z moją tendencja do ciągnięcia za wodze, gdy sobie to uświadomiłam trochę mnie to przygnębiło, ponieważ już prawie minął czas na wyplenianie takich nawyków- za miesiąc zaczyna się sezon! :(

Na szczęście dzisiaj jeździłam już znacznie lepiej w większości przypadków zachowywałam lekką rękę z przodu. Nareszcie chociaż częściowo robiliśmy elementy programów (aż ciężko uwierzyć że coś takiego mówię, że NARESZCIE robiliśmy UJEŻDŻENIE) w tym łopatki, wolty w narożnikach, przejścia wszelkiego rodzaju, kontrgalopy i dodania w kłusie oraz w galopie (wszystko bez strzemion- nie wiem jak mój kręgosłup to wytrzymał :P). Ostatnio bardzo dużo zwracamy uwagę na działanie łydki. Moim problemem jest tzw „tępe” jej używanie, znaczy, że przykłada się ją do konia ale w niezbyt skonkretyzowanym celu. Niestety przez jazdę w taki sposób koń przestaje zwracać uwagę na pomoce przez co jeździec jak chce żeby zadziałało zwykle używa ich mocniej, w związku z czym zaczyna jeździć bardziej siłowo, a jak człowiek to i koń… W sytuacji kiedy koń nie zareaguje na pomoc należy użyć jej stopniowo mocniej, ale (co bardzo ważne) jak już osiągniemy reakcję trzeba wrócić do punktu wyjścia czyli lekkiej pomocy. Jak sama właśnie doświadczam, jest to bardzo piękna teoria, którą niestety w praktyce niełatwo osiągnąć. Na szczęście dzięki wcześniejszej tygodniowej kuracji z p Łukaszem Sojuzikowi przyszło to dość szybko (oczywiście co jakiś czas musiałam mu przypominać) i w końcu udawało nam się przy nie aż takim wysiłku, całkiem przyzwoicie wyjeżdżać narożniki i robić łopatki :)

Na Czarku również miałam jazdy ujeżdżeniowe tyle, że o wiele mniej intensywnie. Głównie chciałam wspomnieć o mini przełomie, mianowicie zaczynam ogarniać jak rozluźnić Rudego w galopie! Oczywiście gdy się o tym mówi wydaje się to takie łatwe i oczywiste (przecież tylko wew. łydka , zew. wodzą i półparady wew. wodzą), ale w jeździectwie w większości przypadków żeby coś zrozumieć trzeba to najpierw to poczuć.

FullSizeRender

W związku z kontuzją Olimpii, której koń stanął na nogę :(, Trenejro zaopiekował się jej jednym koniem czyli Big Benem, a drugi- Jasper przypadł mnie i Agatce na zmianę. Ogólnie nie spodziewałam się nawet, że podczas zaledwie dwóch jazd uda nam się z małym Rudym tak dogadać. Kucyk (tym razem prawie dosłownie :P) chodzi naprawdę dobrze, ale zapewne w dużej mierze jest to uwarunkowane moim całkowitym spokojem i niezłomną cierpliwością. Ostatnio dużo się zastanawiałam jak to możliwe, że wsiadając na obcego konia podczas całego treningu, choćby nie wiem co się działo umiem być „ponad to”, podczas gdy jeżdżąc na swoim bardzo szybko dopada mnie irytacja. Zapewne dlatego, że o wiele bardziej mi zależy , ale muszę się tego wyzbyć (łatwo powiedzieć :P), ponieważ sama teraz doświadczam o ile więcej można zyskać spokojem. Sezon blisko, a końca roboty nie widać…

Opublikowano Dzień jak codzień... | 21 komentarzy

Niezapomniane wspomnienia

Muszę przyznać, że ten wyjazd okazał się być najlepszym terenem w moim życiu! Pomysł o wyjeździe konno nad morze powstał na spotkaniu, kiedy to w piątek rozmawiałyśmy z panią Asią o naszych kucykach. Gdy padła propozycja ja z Agatka i Olimpią stwierdziłyśmy, że skoro od pół roku nie możemy się na to umówić z Trenejrem to raz kozie śmierć :P

W ten sposób wczoraj o 12.00 mieliśmy być gotowe, niestety wynikło lekkie opóźnienie dlatego poszłyśmy we trzy na tor tak żeby się trochę rozchodzić. Miał to być spokojny spacerek, jednak koniom niezbyt dało się to wytłumaczyć. Wszystkie się nabuzowały, przez co zaczęły nieźle wariować. W każdym razie po tym co pokazały na torze, chyba wszystkie trzy już się troszkę cykałyśmy odnośnie tego wyjazdu nad morze :P

Gdy cały nasz zastęp 6 koni wszedł na plażę, czułyśmy się jak prawdziwe fejmy :P Ogromna większość ludzi, których mijałyśmy wyciągała komórki czy aparaty, nagrywała nas. albo też musiałyśmy się zatrzymać i ustawiać do zdjęcia :P Byłam tym naprawdę zdziwiona, ponieważ wydawało mi się, że spotkamy się raczej z komentarzami „srają nam tutaj te habety” (tylko jedna pani tak nas skomentowała). No i oczywiście było to dość dziwne uczucie tak sobie jechać konno plażą… Do tego trochę się wstydziłam, bo akurat tego dnia miałam zarombista stylóweczkę: czarne buty i sztylpy, bryczesy granatowe, brązowa kurtka z szarym szalikiem w jasno różową kratkę, a do tego zebrzasty kask z kamerą :P.

Oczywiście jechałam na Sojuziku. Czego można się spodziewać po wkkw-oskim koniu?… Oczywiście bał się białej piany na falkach (bo nie można tego było nazwać falami), przez co na początku nawet nie mogłam się zbliżyć do mokrego piasku. :P Na szczęście z czasem trochę przywykł do tego przedziwnego zjawiska jakim są fale morskie (aczkolwiek jak galopowaliśmy po plaży Sojuzik czasem potrafił odskoczyć od większej fali. Bałam się, że staranuje ludzi! :P. W końcu, kiedy to już chyba wszystkie konie zamoczyły się chociażby po stawy skokowe, kucykowi przypadkiem zdarzyło się wejść do wody… I to dosłownie przypadkiem. Jakieś 7 metrów przed nami pojawiła się fala z większą ilością piany, którą trzeba było ominąć… i konik chcąc ją ominąć skręcił do wody, gdzie akurat woda była płaska… a jak już się było w wodzie po pęciny to droga wolna :P

W ten sposób przeszłam do najcudowniejszej części i doświadczyłam superankiego uczucia, które zapamiętam do końca życia, czyli galopu w morskiej wodzie! Zdecydowanie było ono warte zupełnie przemoczonych butów i spodni! Nie dość, że fun zarówno dla mnie jak i konia to nareszcie nie musiałam się przejmować stojącymi tuż obok ludźmi, no i wreszcie też nie mdlały mi ręce od hamowania Sojuza. Tak nam się wszystkim trzem podobało, że już z dziewczynami ustalamy następny termin wyjazdu (ja przynajmniej również bardzo się cieszyłam że Sojuz w końcu wyszedł z tego hipodromu, gdzie ciągle tylko hala—> boks—->hala—->boks, co prawda jest tor, ale to nie to samo co prawdziwy teren) :)

Na koniec pani Asia zafundowała nam dodatkową atrakcję zapewniając nas, że „na pewno czegoś takiego nie robiłyście jeszcze nigdy w życiu”. Co prawda napędziła mi lekkiego stracha, ale to był fakt. Coś takiego robiłam pierwszy raz w życiu! Ale co to było zobaczcie sami na filmie… :D

Opublikowano Dzień jak codzień... | 50 komentarzy

Dobry akcent

Zacznę od krótkiej wzmianki o niedzielnych startach moich kucyków.  Co do Scottiego jak widać na filmie zaliczył niestety dwie zrzutki. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że tego trzeciego dnia zawodów mógł on być już trochę zmęczony zarówno fizycznie (na triplu ewidentnie nie doleciał) jak i psychicznie.

Dlatego może przejdźmy do drugiego czempiona, który o mały włos (konkretnie odrobinę ponad sekundę) nie wygrałby małej rundy. Pan Łukasz dał kucykowi trudne zadanie- najpierw cały parkur a potem dodatkowe kilka przeszkód szybko i krótko, w tym chyba najwięcej siły kosztowało Czarka przeskoczenie tripelbara prawie z miejsca. Właśnie w związku z dobrą formą kucyka Trenejro postanowił zabrać go na międzynarodowe zawody do Lublina. Jest to tyle fajna sprawa, że Chenaro może nabrać dużo doświadczenia- nowe otoczenie i z tego co słyszałam bardzo specyficzne (np. prakur ogrodzony jest około metrowymi murkami, tuż za którymi będą siedzieli ludzie przy stolikach, tak samo jest z rozprężalnią, która z reszta jest dość mała). Chenaro bierze udział w konkursie małej rundy. Jedyne co mogę jeszcze powiedzieć to to, że trzymam kciuki :D

W związku z wybyciem Rudego, jak na razie mam tylko jednego konia do jeżdżenia- mojego Sojuzika (aż dziwnie krótko byłam dzisiaj w stajni :P). Niestety tak samo jak koń, wyjechał też Trener co oznacza, że całe te pięć dni będę musiała jeździć sama :).

Wczoraj miałam ostatni trening z p. Łukaszem, a był on szczególnie ważny ponieważ Trenejro mógł mi powiedzieć co zauważył przez ferie, kiedy to jeździł na Smoku i nad czym mam pracować przez nadchodzące dni. Potwierdziło się, że noszę konie w rękach, a szczególnie używam za dużo prawej wodzy (tyle, że na tyle stabilnie trzymam rękę, że z ziemi tego aż tak nie widać). Żeby nie było za łatwo nie jest to do końca wina ręki :P Trzymam mocniejszy kontakt na prawej wodzy, ponieważ nie używam wystarczająco prawej łydki, a raczej koń na nią nie reaguje. Tu pojawia się odpowiedź na pytanie: co mam robić? Pilnować reakcji na prawą łydkę, rozluźnienia w połączeniu z lekkim kontaktem zarówno podczas ujeżdżenia jak i na drągach.

Dzisiaj miałam właśnie jazdę na drągach (mianowicie trzech po łuku- od wew. strony 2 metry odległości, od zew. 3) i tak jak myślałam, że będzie ciężko trening okazał się jednak bardzo przyjemny. Z góry wiedzieliśmy, że Sojuz lubi się usztywniać podczas jazdy na drągach dlatego Trenejro powiedział żebym wzięła go dzisiaj na czarną (chyba po jeździe na Smoku trochę zmienił co do niej podejście :P). Główne założenie było bardzo proste- kiedy tylko poczuję, że Sojuz zaczyna mi wpadać albo spłoszy się i ucieknie do środka lekceważąc łydkę, miałam przechodzić do niższego chodu i wymusić odsunięcie od wew łydki. Co ważne moim zadaniem było też żeby koń jechał dokładnie tam gdzie chciałam- jeżeli założyłam sobie, że będę na środku drągów, bliżej środka czy też na samym końcu- Sojuz miał być dokładnie w tym punkcie. Co mi się szczególnie podobało podczas tego treningu- od początku miałam plan jazdy i wiedziałam co robić, dlatego cała jazda była konkretna, niechaotyczna i płynna. Jeszcze milej, że Sojuzik chodził bardzo dobrze, z resztą tak samo jak ja- cały czas zachowywałam spokój, byłam cierpliwa i konsekwentna. Jedyne co lekko schrzaniłam to moment, w którym należało skończyć jazdę. Po najlepszym przejeździe Sojuza przez drągi kiedy to w galopie bardzo ładnie się zaokrąglił i czułam, że jest bardzo czujny na wew. łydkę i zamiast rozkłusować z głową w dół i skończyć trening, stwierdziłam, że może jeszcze na długiej wodzy pojeżdżę sobie przez te drągi… Zmęczony Sojuz+ długie wodze+ coraz więcej koni na hali, wcale nie równa się szybkie skończenie ćwiczenia dobrym akcentem :P

Opublikowano Dzień jak codzień... | 51 komentarzy

Test wielofunkcyjności

Wczorajszy dzień można uznać za jeden z bardziej nietypowych, ponieważ pomimo faktu, że NIE startowałam w zawodach, ponieważ zaledwie dzień wcześniej wróciłam z wyjazdu feriowego, to i tak miałam sporo roboty. Można powiedzieć, że byłam (w sumie jestem bo dzisiaj też mnie to czeka :P) połączeniem beridera, luzaka i kamerzysty :P

Do stajni przyszłam koło 10.30 specjalnie żeby zobaczyć początek klasy P, w której to jechała Olimpia na Big Benie. Właśnie dzień wcześniej udało jej się zdać srebrną odznakę z super wynikiem z ujeżdżenia, czyli 9.0 na Jasperze, a wcześniej licencji skokowej też na tym koniu i w ten sposób mogła pojechać swoje pierwsze 110cm :)

Jasper to młody konik, który jest na sprzedaż, więc gdybyście znały kogoś kto szuka dla siebie szybkiego, zwinnego konika to piszcie na adres email właścicielki: nightfire7@wp.pl

Po tym przejeździe miałam dość dużo czasu do następnego startu- Chenaro w małej rundzie, dlatego stwierdziłam, że żeby nie marnować czasu pojeżdżę dwa z trzech koni. Jako pierwszego do pracy wzięłam tak zwaną Kuleczkę, czyli wałacha mojej koleżanki Agatki (dostał to przezwisko z powodu pierwszego wrażenia kiedy to zaczynał prace z p. Łukaszem- mały, włochaty i dość okrągły konik). Jak to zwykle bywa podczas zawodów, wszystkie hale są zajęte dlatego byłam zmuszona z przyjemnością iść na tor. Bardzo dobrze się złożyło ponieważ akurat była ładna pogoda i spotkałam tam kilka innych koni, więc kuleczek nie świrował z samotności. Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie świrował :P Zaczęło się w kłusie kiedy to Lifcik się trochę nabzdyczył, zrobił się ogierowaty no i w pewnych momentach zaczynał brykać i lekko się wspinać (jeszcze nigdy nie widziałam go tak nabuzowanego :p). Na szczęście jest on jak na mnie dość mały więc w razie co to miałabym blisko do ziemi :P

Po rozgrzeweczce w postaci pól toru w kłusie, stwierdziłam, że trzeba Lifcika troszkę uspokoić do czego wykorzystałam ogólną zasadę, że koń jadąc po kole uspokaja się i zwalnia w przeciwieństwie do jazdy na wprost (jest to ruch który wymaga większego skupienia niż jechanie prosto, koń musi podstawiać wewnętrzne nogi pod kłodę, a do tego jest wygięty co utrudnia mu jakiekolwiek brykanie czy wspinanie się) tak więc za każdym razem gdy Lift zaczynał mi przyśpieszać robiłam kilka małych kółeczek. Reszta poszła już z górki. Kucyk oprócz tego, że się rozluźnił to jeszcze troszkę zmęczył więc już nie było mowy o świrowaniu :). Na galop wzięłam go na duże koło w miejscu gdzie było najrówniej i najmniej kretowisk. Muszę przyznać, że jechało mi się superowo! Wolny i rozluźniony galopik, koń z nosem przy (swoich) nadgarstkach, półsiadzik i  wolna przestrzeń – wszystko czego jeźdźcowi potrzeba :D

Niestety następna jazda nie była już tak przyjemna, ponieważ po pierwsze miałam mniej czasu (musiałam zdążyć oddać tranzelkę przed wyjściem Czarka) a do tego jeździłam na szalonej Godecji. W sumie nie zamierzałam robić nic szczególnego oprócz lekkiego zmęczenia klaczki. Nawet tego nie udało mi się osiągnąć… im dłużej galopowałam tym Godecja się bardziej nakręcała :P

Co do przejazdów Czarka i Timona w sumie nie dużo da się powiedzieć, kucyki wypadły bardzo dobrze (bardzo lubię momenty kiedy to np. Czarek skacze na rozprężalni a wszyscy trenerzy wokół mnie mówią „wow, ale fruwa” :D). Czarek miał jedną zrzutkę na wejściu do szeregu, ponieważ po krótkim zakręcie trochę nie pasowała odległość i zrobiło się za blisko (sorry za zamglony film ale chciałam oczyścić ekran z paproszków i troszkę nie niego podmuchałam :P).  A Scotty na czysto, a do tego z bardzo dobrym czasem bo zajął szóste miejsce (jego drugie C w życiu). Z obu kucyków jestem bardzo dumna, ale szczerze mówiąc też troszkę zazdrosna ponieważ większość ludzi na zawodach myśli, że są to konie p. Łukasza :P

Po kilku godzinach tej bieganiny, dodając do tego jeszcze te wszystkie emocje, na prawdę nie miałam już  weny twórczej żeby wsiadać na Sojuzika (szczególnie, że robiło się już ciemnawo) tak więc ograniczyłam się do pół godzinnego spacerku. Gdy  obrobiłam wszystkie konie, ogarnęłam stajnię i przygotowałam dla nich żarcie, W KOŃCU MOGŁAM SAMA IŚĆ COŚ ZJEŚĆ! :)

Opublikowano Na zawodach | 25 komentarzy

Kibicując chłopcom

Jak wiecie pozwoliłam sobie ostatnio na przerwę w treningach z okazji ferii. Czeka mnie intensywny sezon więc moja mama pilnuje, żebym miała chwile wytchnienia. Wróciłam przedwczoraj i po wstępnym rozruszaniu chłopców, wczoraj wpadłam już tylko w rolę luzaka, ponieważ Pan Łukasz startuje w ogólnopolskich zawodach skokowych na większości naszych teamowych koni (oprócz tych najstarszych czyli Sojuza i Lift Ewita). Oczywiście zawody mają miejsce na Hipodromie.

Wszystkie konie startują oczywiście w wyższych konkursach niż pod nami juniorkami, zatem zarówno Sir Scotty jak i Chenaro wystartowały w małej rundzie (czyli 125 cm, a w finale 130cm) i w klasie C (130 cm).

Pierwszy w małej rundzie szedł Czarek. Oczywiście przejazd bezbłędny (duma mnie rozpiera). Jak widać w pierwszych skokach Trenera też potrafi wyrzucić z siodła po Czarkowym poprawieniu zadem, więc to nie tylko ja na szczęście miewam ten problem ;) Ostatecznie zajęli 7 miejsce na 62 konie – bardzo ładnie :)

Drugi w małej rundzie szedł Scotty. Trochę rozrabiał na rozprężalni, ale na parkurze odzyskał spokój i przejechał z jedną zrzutką.

W klasie C Czarkowi zdarzyła się zrzutka, ale i tak jechał bardzo ładnie. Tak się bardzo Czarek Trenerowi spodobał że zapisał go na Cavaliadę Lublin, gdzie będzie startował w małej rundzie :)

Dziś kolejny dzień zawodów, więc muszę się zbierać szykować chłopców do pracy. Z jednej strony dobrze, że człowiek nie startuje – może nadrabiać zaległości ze szkoły…

10402000_703419626441214_755527218447474689_n

 

 

Opublikowano Na zawodach | 16 komentarzy

Strach ma wielkie oczy

Zainspirowana artykułem w Horse&Hount nt najtrudniejszych na świecie przeszkód (http://po.st/kGZNYA) zaczęłam się zastanawiać czego tak naprawdę najbardziej się boję na zawodach?

1. Największa obawa to wywrotka z koniem

Widziałam takie sytuacje kilkakrotnie na krosie, np w Racocie, gdy koń nie zdołał przełożyć  przednich nóg nad pochylnię i siłą rozpędu przekoziołkował nad nią upadając na dziewczynę która na nim siedziała. Widok straszny, bardzo tej dziewczynie współczuję i cieszę się, że skończyło się tylko na złamaniu nosa (podobno). To jest sytuacja której boję się najbardziej. Często na krosie podłoże jest co najmniej dyskusyjne, bo od kilku dni pada deszcz a podłoże jest gliniaste (wielokrotnie się to zdarza w Strzegomiu np.), albo dosłownie półpłynne bo jest torfowe (wiele razy miało to miejsce w Kwiekach).

Pokonanie krosu w normie czasu w takich warunkach jest bardzo ryzykowne. Być może nie powinnam się tego bać, ponieważ przy złych warunkach my zawsze stawiamy bezpieczeństwo ponad wynikiem. Zawsze jedziemy wolniej, zawsze analizujemy trasę tak, aby nie jechać przez najbardziej grząski teren, nawet gdy trzeba nadłożyć trochę drogi. Tak więc robimy co możliwe aby taki wypadek się nie zdarzył, ale jednak jest to moja największa obawa.

2. Druga w kolejności obawa to sytuacja gdy ja w spadam z konia, a koń ucieka gdzieś w teren i coś sobie zrobi

Po tym co stało się Rysiowi, który taką sytuację przypłacił życiem (dla tych którzy nie znają tematu – ten wypadek zdarzył się gdy Rysio już był u nowej właścicielki), taka wizja pozostaje w mojej głowie i bardzo się tego boję za każdym razem gdy spadam na krosie (co jak wiadomo zdarzyło mi się w ubiegłym roku dwa razy). Na szczęście Scotty sam do mnie w Baborówku wrócił nie wiedząc dokąd ma biec, a Donkowi nie chciało się nawet uciekać ;)

 

3. Trzecia obawa to wrąbanie się w przeszkodę z powodu braku widzenia odległości i znowu z wynikiem, że koniowi się coś może stać (np. uderzyć się, obić, obetrzeć, stanąć na drąg etc etc)

Przez pewien czas miałam drobną obsesję nt mojego „nie widzenia” odległości i ta obawa towarzyszyła mi bardzo często. Szczególnie na krosie jest ona aktualna, ponieważ tam zrzutek nie ma… Dopóki nie będę miała poczucia, że widzę odległość odpowiednio wcześniej ta obawa będzie mi towarzyszyć jeszcze długo. Na szczęście konie w krosie bardzo mi pomagają w tym zakresie i bardzo często same korygują odległości, chyba instynktownie rozumiejąc niebezpieczeństwo. A sytuacja o której myślę jest idealnie pokazana w moim prastarym filmie w 2.34 minucie…

 

4. Kolejna obawa to kulawizna konia po zawodach, albo po transporcie

Tego obawia się każdy kto startuje w zawodach. Konie potrafią przez przypadek zrobić sobie krzywdę w transporcie, wsadzić nogę nie tam gdzie trzeba, albo źle postawić nogę w krosie. Czasem też po krosie okazuje się, że doznały kontuzji. Np bardzo niebezpieczna jest prędkość połączona z wysokimi zeskokami z bankietów, takich jak na tym filmie z Racotu w 2.56 minucie. Staramy się zawsze odpowiednio rozgrzać konie przed startem, założyć im specjalne krosowe ochraniacze, natrzeć specjalnym mydłem poślizgowym, ale pewne rzeczy pozostają poza naszą kontrolą.

5. I wreszcie pierwsza obawa nie związana ze zdrowiem koni: obawa, że zapomnę programu w ujeżdżeniu, lub trasy krosu.

W WKKW tak wiele zależy od wyniku ujeżdżenia, że zapomnienie programu to rzecz okropna. Tym bardziej, że najczęściej powoduje ono takie wybicie z rytmu jeźdźca, że nie może się potem w programie odnaleźć, czarna dziura w pamięci i takie rzeczy… Zapomnienie trasy w krosie jeszcze mi się nie zdarzyło. Zawsze chodzę trasę co najmniej trzy razy i raczej wiem co jest po czym. Co prawda zdarzyło mi się pomylenie przeszkody nieświadomie i co się dalej zadziało pokazuje powyższy film ilustrujący obawę nr 2… Mógł temu towarzyszyć upadek z koniem, ucieczka konia etc, ale na szczęście nic takiego się nie miało miejsca. Wiem jednak, że zawodnikom, którzy jadą np trzy kategorie na trzech koniach zdarza się pojechać przeszkodę ze złej kategorii, a to oznacza eliminację…

Zapomnienie parkuru jest w sumie najmniej poważne. Można poszukać wzrokiem numerka przeszkody (jeśli akurat nie upadł…). Ale może też być tak jak w Warce, gdy nie wiedząc w którą stronę powinnam skręcić po dwójce (nie pamiętając trasy) skończyłam ciągnięta po ziemi za ostrogę… Zresztą to był jedyny raz gdy na zawodach skokowych nie miałam na sobie kamizelki!

Jak patrzę na to co napisałam wyżej – straszne są te moje obawy! Wydaje mi się, że człowiek który nie ma żadnych obaw byłby w tym sporcie niebezpieczny dla siebie i konia. Trzeba zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństw, ale nie można też dopuścić do tego żeby obawy Cię paraliżowały. Trzeba zdawać sobie z nich sprawę i mieć plan na ich ominięcie, ale koncentrować się całkowicie na programie, trasie i na tym co ma się zrobić. I ja tak staram się robić. A jakie Wy macie obawy związane z jeździectwem?

Opublikowano Na zawodach | 17 komentarzy