Zawody pełne wrażeń :)

Ogólnie zawody uważam za udane, aczkolwiek można by je nazwać genialnymi gdyby się wzięło pod uwagę tylko kucyki, ponieważ na prawdę pokazały co potrafią (trochę gorzej było ze mną :P). 

Sobota:

Muszę zacząć od tego, że ponieważ tym razem nie miałam pomocy w postaci mojej mamy, musiałam wszystko ogarniać sama. Właśnie dlatego (też przez to, że nie do końca wiadomo było o której godzinie zacznie się konkurs) w sobotę przyszłam do stajni koło 10.30 podczas gdy start L planowany był nie wcześniej niż na 11.30. Dzięki temu mogłam na spokojnie się obrobić, a do tego jeszcze zobaczyłam licencyjny przejazd mojej koleżanki Olimpii (który zdała! :D).Podobnie jak podczas poprzednich zawodów w Sopocie, nie miałam problemów z zapamiętywaniem parkuru, z czego jestem bardzo dumna. Parkur w pierwszej Lce sam w sobie nie był zbyt wymagający szczególnie, że większość przeszkód nie sięgała nawet 90 cm. Zaskoczyła mnie tylko jedna rzecz… prawie w ogólnie nie odczuwałam stresu. Jak zazwyczaj na takich skokówkach Trenejro powtarzał żebym traktowała moje przejazdy jako trening, tym razem rzeczywiście miałam takie podejście!

Pierwszy przejazd na Czarku był mi potrzebny żebym przypomniała sobie jak Rudy zachowuje się na parkurze. Uznałabym go raczej jako rozgrzewkę. Konkurs klasy P także został ustawiony poniżej normy czyli 110 (ale mi to nie przeszkadzało :P). Był za to dwufazowy, więc było dużo do zapamiętywania, jednak jak już mówiłam nie miałam z tym większego problemu (nie przestanę się tym chwalić :P). Jak zwykle nie miałam się ścigać tylko jechać pełnymi, okrągłymi zakrętami, równo ale w tempie i (co najważniejsze) cały czas pod kontrolą!

Co do samego przejazdu, gdy wjechałam na parkur Czarek był trochę za bardzo podniecony- obawiałam się, że będzie nadaktywny, czyli zacznie pędzić, brykać albo coś w tym stylu. Okazało się jednak, że ta energia wyszła mu na dobre. Po pierwsze cały przejazd przegalopowałam w dobrym tempie i okrągłym galopie, po drugie do większości przeszkód mi pasowało (oczywiście oprócz tej jednej linii- przecież nie może być idealnie :P), a po trzecie i najfajniejsze- kucyk skakał zarombiście!!! Ale to było super uczucie! Na szczęście miałam te krótsze strzemiona bo inaczej nie wysiedziałabym tych skoków z grzbietu, 20 cm nad przeszkodą. Na prawdę kucyk spisał się genialnie, byłam z niego mega zadowolona i dumna (z resztą tak samo jak Trenejro). (filmy są we wpisie z wczoraj).

Po przejeździe na Czarku czułam się już w pełni zaspokojona, na tyle, że nawet gdybym skopała następne dwa przejazdy na Sojuzie nie zepsułoby mi to humoru. Ponownie start w P na Smoku był jedynie rozgrzewką. Ostatnio Sojuz bywa trochę osowiały co dało się poznać podczas przejazdu, mianowicie na zawodach w Sopocie ciągle ustawiają ten sam zakręt czyli przeszkoda pod bandą, w lewo ponad 180 stopni obrót i stacjonata po skosie. Tak jak wcześniej dawaliśmy radę, tak teraz gdy do tripla pod bandą zrobiło mi się trochę daleko i musiałam dodać, nie było opcji żeby się wyrobić w zakręcie. Dosłownie jakbym wpadła w poślizg wylądowałam za następną przeszkodą… A z kolei w związku z wężykiem do którego zrobienia zostałam zmuszona żeby trafić na następną przeszkodę niestety zdarzyła nam się zrzutka (Trenejro powiedział, że już w skoku ustawiona byłam do zakrętu w prawo- zachwiana równowaga- przez co Sojuz opuścił jedną nogę).

Odnośnie przejazdów N-kowych w obu dniach wystąpił w nich ten sam problem (i to bynajmniej nie z koniem). Za pierwszym razem myślałam, że mój brak koncentracji spowodowany był tym, że wszystko działo się mega szybko- wjechałam trochę za późno na parkur, przejechał jeden koń i już na mnie pora. Tymczasem ja pod tym względem jestem posobna do Sojuza- wolno przyswajam nowa sytuację. Aby być dobrze zmobilizowaną muszę już dwa konie przed moim startem stać przed parkurem żeby sobie na spokojnie powtórzyć osiemdziesiąt razy parkur, pokręcić się na około przeszkód, jeszcze raz powtórzyć parkur itd. Jednak następnego dnia byłam za mało świadoma nawet pomimo wczesnego wjazdu na dużą halę. Myślę, że było to spowodowane (tak żeby nie było zbyt łatwo) za małą ilością stresu… alebo zmęczeniem. Na poprzednich zawodach byłam bardziej spięta, tym samym bardziej zmotywowana, skupiona. Teraz z kolei te wszystkie skoki tuż spod przeszkody wynikały głównie z mojego gapiostwa. Najlepszym przykładem jest najazd na przeszkodę numer 4 drugiego dnia, kiedy to (zupełnie nie wiem dlaczego) musiałam być myślami gdzieś indziej ponieważ dopiero dwie fule przed stacjonatą dotarło do mnie (na tyle żebym mogła zareagować) że jest za blisko… Z drugiej strony zawsze mogę powiedzieć, że to było zamierzone, po prostu chciałam sprawdzić Sojuza (zdał w 100 procentach <3)

Niedziela:
Wracając do Czarka w niedzielę w konkursie L nareszcie miałam jakieś inne zadanie niż ciągle naokoło i równo. Miał to być pewnego rodzaju test skręcalności konia, a jednocześnie przygotowanie do ścigania się dla zawodników. Wszystkie z Agatą, Olimpią i Heleną miałyśmy jechać drugą fazę wolno (ale energicznie) a przede wszystkim krótko… i tak zrobiłam (no przynajmniej to drugie, bo w moim odczuciu nie było to wcale tak wolno :P). Ogólnie jechało mi się bardzo dobrze, a po przejechaniu celowników kończących pierwszą fazę zastałam bardzo fajną niespodziankę. Nie dość, że poprzedniego dnia kucyk pokazał jak super umie skakać to jeszcze teraz połączył to ze świetną skrętnością. Na pierwszy okser specjalnie najechałam wolniej żeby wyrobić się w zakręcie, a gdy poczułam jak łatwo nam to przyszło stwierdziłam, że zaszalejemy. Dlatego na następną przeszkodę najechałam krótko (piszę co czułam, bo na filmie tego tak nie wiedać) skok po skosie, szybko na okser
i dzida do ostatniej. W rezultacie zajęłam czwarte miejsce na sto dwa konie (sukces!) do tego byłam mega dumna z kucyka (sukces do kwadratu!) Co prawda trochę mi było go żal, ponieważ musiał mnie nosić na sobie dodatkowe 20 min, ale od czasu do czasu może się trochę pomęczyć ;).Co do P-tki, tak samo jak ja Trener poczuł bita i jak wcześniej nie pozwalał mi się ścigać, tak teraz nie było innej opcji. Tym razem konkurs był zwykły tak więc strategia szybko i krótka odnosiła się do całego parkuru nie ostatnich 4 przeszkód. Muszę przyznać że jechało mi się super, zupełnie nie musiałam się obawiać żadnej zrzutki, dodatkowo świetnie udawało nam się krótko zakręcać nie wytracając tępa i ogólnie wszystko byłoby genialne gdyby nie mój idiotyczny błąd… Przed parkurem rozmawiałam z Trenerem o „strategii” (jak szpanersko :P)i tak się zastanawiałam czy w ostatniej linie nie mogłabym urwać fuli. P. Łukasz w końcu potwierdził, ale dodał, że w takim razie muszę podjąć decyzję z góry i być konsekwentna. Tak więc jak już przeskoczyłam ten przedostatni szereg to przyśpieszyłam, a w miarę jak robiło mi się za daleko… (teraz to się wydaje jakby ta sytuacja trwała wieczność, ale tak na prawdę to były ułamki sekund- wystarczyło tylko na podjęcie natychmiastowej decyzji)… jak konsekwentnie to konsekwentnie! W ten sposób posłałam Czarka na wielki skok… którego nie zrobił. Wyszedł z tego książkowy podtoczek w wielkim stylu.

Tuz po konkursie (jak to zwykle bywa) chciałam cofnąć czas. Potem przyszła fala gniewu na siebie, następnie doszłam do wniosku, że w sumie lepszy taki błąd niż jakiekolwiek wysokie miejsce. Jest to zawsze jakaś nauka, przynajmniej następnym razem będę pamiętać, żeby nie posyłać Czarka na wielkie skoki, poza tym te starty skokowe temu własnie służą żeby się nawzajem dobrze poznać. Na koniec przyszło jeszcze poczucie winy, oraz żal do siebie: „biedny kucyk, ale go wrąbałam w tą przeszkodę” i śmiech ze swojej głupoty…  (Nie ma to jak wsparcie tuż po starcie jeszcze podeszła do mnie Agatka i przypomniała jak podczas rozmowy z Helcią ona mówiła że kiedyś zrobiła dzidę po szeregu na ostatnio przeszkodę i że tak nie wolno robić bo w jej przypadku również skończyło się to zrzutką, o ironio… :P).

Opublikowano Na zawodach | 30 komentarzy

Pierwsze skoki w 2015

Nie mam teraz czasu dodawać komentarza, bo muszę biec do stajni na drugi dzień zawodów. Musicie się dziś zadowolić samym obrazem bez słów…

Charuś w Pteczce pokazał się ślicznie ;)

PS  Nawet nie wiecie JAK BARDZO nie chciało mi się dziś wstawać z łóżka!

Opublikowano Na zawodach | 15 komentarzy

Buzia na kłódkę :D

Jeszcze do końca nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że ostatnie treningi zarówno na Czarku jak i na Sojuzie mogą okazać się przełomowymi…

Zaczynając od początku:

W środę po raz pierwszy od dłuższego czasu skakałam coś wyższego, tak więc na czwartek przypadł mi trening ujeżdżeniowy. Jak zwykle miałam mieć na 16.00, ale niestety musiałam zostać w szkole odrobinę dłużej, co oznaczało, że gdy tylko się uwolniłam dosłownie biegłam na kolejkę, potem do domu i wreszcie do stajni, a i tak spóźniłam się ze 20 min (na szczęście okazało się, że trening Olimpii też się przedłużył…). Moim zdaniem kluczem do naszego sukcesu podczas tych jazd był mój dobry humor i (niestety muszę to przyznać) ZAKAZ GADANIA (zakaz jakiegokolwiek odzywania się niepytanym, w tym też mruczenia pod nosem, nucenia, po prostu buzia na kłódkę :P). Jedyne co mogłam powiedzieć to: „dobrze”, „ok”, „robi się”, ale też nie w nadmiarze… ;) I sama muszę przyznać, że rzeczywiście chyba dzięki temu lepiej się skupiałam na robocie itp. bo nagle zaczęło wychodzić. :D

Na Czarku moim głównym zadaniem było żeby go rozluźnić (dosłownie: „żeby chodził jak guma”). Żeby to osiągnąć musiałam mieć bardzo lekką rękę, żeby kucyk nie miał się na czym oprzeć, dlatego musiałam od czasu do czasu sprawdzać czy Rudy się sam niesie (poprzez chwilowe oddawanie ręki), a przede wszystkim jak tylko się rozluźniał musiałam oddać rękę trochę do przodu i zostawić ją tam lekką, żeby dać koniowi znać, że ma wolną drogę do zejścia i zaokrąglenia się. W większości jeździliśmy po większych i mniejszych kołach, dlatego bardzo ważne też było żeby kucyk reagował na wewnętrzną łydkę i miał większy kontakt na zewnętrznej wodzy. Jako, że jestem praworęczna, znaczy to, że mam prawą rękę silniejszą, cały czas trudniej jest wyegzekwować jadąc w prawo po kole, żeby Czarek oparł się na lewej wodzy, żeby prawą jedynie lekko nadawać kierunek (przez to też jak jadę w prawo to muszę do zakręcania używać więcej wewnętrznej wodzy, bo koń nie stoi na zewnętrznej wodzy). Aby to poprawić często robiłam przejścia i w stępie spychałam prawą łydką konia na zewnętrzną wodzę jednocześnie oddając wewnętrzną wodzę (koń ma się w zakręcie pilnować zew. wodzy i wew. łydki, a nie ręki). Już jakiś czas temu zauważyłam, że Rudy lepiej rozluźnia się przy pół-paradach prawą wodzą, tak więc na początku głównie nią działałam, ale gdy kucyk załapał już co się od niego wymaga, też starałam się żeby jadąc w lewo schodził na dół również od wew. wodzy… i zaczynało działać! Wszystko wyglądałoby jak z bajki gdyby nie to, że cały czas musiałam siedzieć w kłusie ćwiczebnym. Stanęłam jednak na wysokości zadania i po pewnym czasie stwierdziłam nawet, że paradoksalnie im bardziej bolały mnie uda tym lepiej mi się w siodle siedziało. :P

Na tej jeździe nie galopowałam w ogóle- skończyłam jazdę po jakieś 20 min kłusa, ponieważ trzeba też pamiętać, że ten koń ma zaledwie 5 lat. Ja z Trenejrem często łapiemy się na tym, że skoro Czarek jest spokojny (zachowuje się jak co najmniej 9 letni koń), dużo umie itp. to oczekujemy od niego że będzie chodził pełne treningi i pracował w takim natężeniu jakby rzeczywiście miał te ponad 9 lat. Tymczasem to jeszcze dzieciak, dlatego biorąc pod uwagę jak dobrze chodził podczas tej jazdy stwierdziliśmy, że najlepiej będzie teraz skończyć – co dodatkowo będzie jeszcze dla niego nagrodą.

Jakieś 25 min później byłam z powrotem na hali, jednak tym razem jeździłam na Sojuzie. Pierwsze co zrobiłam dobrego, to zaakceptowanie faktu, że Sojuz nie będzie od razu chodził doskonale (dzięki temu uniknęłam mega niepotrzebnych nerwów). Po drugie kierowałam się dokładnie tym samym systemem co na Rudym, czyli wszystko robiłam lekko, krótkie pół-parady, wyegzekwowałam reakcję na wew. łydkę i częste sprawdzanie czy koń sam się niesie. Niestety po raz kolejny muszę przyznać, że Trener od początku miał rację, ponieważ okazało się, że po pewnym czasie (a szczególnie podczas ostatnich zagalopowań) Sojuz zrobił się lekki, co oznaczało, że to ja go ciągnęłam a nie on mnie… Też co ważne, zauważyłam, że z Sojuzem trzeba postępować jak z młodym koniem – żeby ogarnął co się od niego wymaga trzeba mu dawać bardzo jasne wytyczne, inaczej się usztywnia i wpada w lekką panikę. Dlatego np. kiedy jadę na kole w stępie kiedy to nie reagował na działanie wew. łydki, w czego wyniku musiałam albo sprzedać mu mocniejszą łydkę, albo użyć bacika, następnym razem jak odpowiedział na tą pomoc musiałam od razu go pogłaskać, żeby wiedział że zrobił dobrze, ale też aby się trochę rozluźnił psychicznie (i tak mniej więcej w kółko).

Co do wczorajszych jazd- były one bardzo lekkie (żeby kucyki miały energię na dzisiejsze zawody). Wczoraj na hali było już bardzo dużo koni, w tym część tych, które przyjechały na dzisiejsze zawody. Po prostu tłok. Jestem z siebie bardzo dumna ponieważ nawet 15 koniom skokowym SZALEJĄCYM na hali (albo robiącym sobie galopy kondycyjne tuż przed zawodami, a do tego wpadającym na wszystkich i zajeżdżającym drogę) nie udało się mnie wyprowadzić z równowagi. :D Na Czarku głównym celem było rozluźnienie w galopie. Do tego celu musiałam użyć czarnej wodzy (też ze względu na warunki, na te wszystkie konie wokół) i tak samo jak na poprzedniej jeździe głównie pracowałam na kołach. Co ważne cały czas i jadąc normalnie po kole, a szczególnie przy przejściach miałam bardzo uważać na kierunek jazdy. Często na przykład przy zagalopowaniach łapię się na tym, że przez pierwsze kilka fule jadę prosto (albo powiększam koło) a potem dopiero wracam na to pierwotne. Tymczasem żeby wpisać konia w koło trzeba cały czas myśleć jakby się chciało jechać po mniejszym kole – żeby wektor ruchu był bardziej do środka (jednocześnie używając więcej wew. łydki żeby zad był bardziej na zewnątrz). Dzięki takiej jeździe koń się stabilizuje i łatwiej rozluźnia. Tak więc jazda „bardziej do środka” + system z poprzedniej jazdy+ wewnętrzny spokój + zakaz gadania= TRENINGOWY SUKCES!

Mam nadzieję, że dzisiaj i jutro też mi się powiedzie. Pierwsze zawody w tym roku! Tym razem wszyscy już mamy licencje, czyli Chenaro będzie miał pierwszy oficjalny występ na polskich arenach ;) (Jego oficjalne imię to Chenaro 2)

10952184_10203375641696108_1136769429_n

Jadę na nim L i P, a na Sojuzie P i N. Trzymajcie kciuki!!! Tutaj znajdziecie wyniki na żywo:

https://zawodykonne.com/zawody/hipodromsopot/30

PS: Sorry, że taki długi wpis – jak widzę ponad 1000 słów – chyba mój rekord. Dziś i jutro na zawodach mam plan znaleźć kogoś do nakręcenia moich przejazdów, więc wreszcie będzie mnie słów a więcej obrazu ;)

Opublikowano Dzień jak codzień... | 26 komentarzy

Noworoczne postanowienia

Jakie są Wasze noworoczne postanowienia? I (co ważniejsze) czy jak na razie udaje się Wam ich dotrzymać?
Odnośnie moich, muszę przyznać, że jakoś nie udało mi się ich zebrać wiele (oczywiście nie licząc takich drobnostek jak np. jedzenie mniejszej ilości słodyczy :P). Za główny cel obrałam sobie bardzo ogólne pojęcie: lepszego wykorzystywanie czasu. Dotyczy to zarówno dni codziennych, nauki jak i jeździectwa. W tym trzecim punkcie głównie chodziło mi o lepsze wykorzystywanie treningów np. zapamiętanie co najmniej jednej istotnej informacji z każdej jazdy. Fajnie by również było jakbym się też bardziej koncentrowała i… mniej gadała :P Jeśli chodzi o Trenera – założył nam wszystkim noworoczne postanowienie nie jeżdżenia na czarnej wodzy, bo sezon blisko…

Co do treningów: Nadszedł nowy rok, więc szlifujemy głównie ujeżdżenie. Byłam bardzo zadowolona z ostatniej jazdy ujeżdżeniowej na Czarku nie tylko dlatego, że pomału robimy postępy, ale szczególnie ponieważ bardzo dobrze opanowywałam swoje emocje, słuchałam i wykonywałam polecenia Trenejra. Do tego starałam się skupiać na robocie do wykonania, dzięki czemu w całym treningu było więcej treści- mniej przerw.

W związku z zawodami skokowymi (które odbędą się w najbliższy weekend), żeby nie wyjść z wprawy od czasu do czasu trzeba mieć i trening z przeszkodami. Dlatego wczoraj miałam całą jazdę jeździć po drągach, żeby trochę wprawić oko przed startami. Niestety okazało się, że duża hala została zamknięta z powodu wymiany podłoża, więc… wszystkie konie zwaliły się do małej. Główną umiejętność jaką można było ćwiczyć w takich warunkach było zachowywanie rewolucyjnej czujności – bez oczu do około głowy zderzenie gwarantowane. Można powiedzieć, że było to przygotowanie przed rozprężalnią na zawodach. Akurat to udawało mi się robić, lecz strasznie frustrowało mnie, że nie można było zrobić żadnego ćwiczenia bez zatrzymywania się co chwila. Do tego niestety gdy ciągle trzeba uważać na inne konie człowiek nie jest w stanie skupić się na swoim koniu, dlatego ta jazda już nie była taka dobra jak poprzednia. Na szczęście podczas mojej drugiej jazdy już było znacznie mniej koni, a gdzieś w połowie jazdy dodatkowo otworzono dużą halę więc jeszcze kilka z nich wyszło. Na początku Sojuz był trochę sztywny, ale stwierdziłam że nie warto się przejmować w na początku treningu. Nie poszło jednak po mojej myśli, ponieważ w miarę rozgrzewania się Smok wcale nie puszczał. W takiej sytuacji powinnam starać się konia rozluźniać poprzez dużą ilość przejść, a także na kołach robiąc łopatki spychać go wewnętrzną łydką na zewnętrzną wodzę- żeby utrzymywać go pomiędzy zewnętrzną wodzą i wew. łydką (zamiast wodzy).

Podczas robienia ćwiczenia polegającego na bardzo mocnym wyjeżdżaniu narożników w galopie (a żeby to zrobić koń musi stać na zewnętrznej wodzy, odsuwając się od wewnętrznej łydki) odkryłam, że Smok nie reaguje zbyt dobrze na dolne pomoce. I w sumie w tym punkcie trochę utknęłam podsumowując dla własnej wygody, że „junior jest do psucia koni, a nie do naprawiania” ;). Po długim czasie robienia krótkich wolt i z bardzo dużej ilości wewmętrznej łydki udało mi się w końcu doprowadzić Sojuza do stanu aktywnego ale nie pędzącego galopu, na tyle dobrego, żeby przejechać dwie kawaletki w równowadze – ambitnie… I kto by pomyślał, że za cztery dni mam na nim jechać skoki 120cm.

Właśnie w związku z ostatnimi jazdami stwierdziłam, że bardzo przydałaby mi się jazda na czarnej wodzy na Sojuzie. Czasami łapię się na tym że biję się z własną ręką- wydaje mi się że koń jest sztywny i ciągnie a tak na prawdę to ja mam za mocny kontakt na obydwu wodzach i poprzez koński pysk (w roli łącznika) przeciągamy się nawzajem. Dzieje się tak, ponieważ za bardzo skupiam się na ułożeniu głowy zamiast na aktywności zadu i swojej postawy. Dlatego fajnie by było pojeździć na czarnej głównie po to by przestać skupiać się na pysku i przypomnieć sobie jakie było uczucie gdy Sojuz chodził najlepiej i jak do tego dojść. Może udałoby mi się przekonać Trenejra do złamania noworocznego założenia już w trzecim tygodniu nowego roku… ;)

Opublikowano Dzień jak codzień... | 15 komentarzy

Trochę o psychologii

Podczas ostatnich kilku dni wiele się zdarzyło: od lekkiego załamania nerwowego po pełne zadowolenie, jednak najważniejszy jest fakt, że powoli wracamy do formy :)

W ubiegłym tygodniu podczas jednego z treningów na Sojuzie miałam wrażenie, że wszystko co wypracowaliśmy przez ostatnie miesiące przestało istnieć. Nie wychodziło nic. Zdenerwowałam się do tego stopnia, że zrezygnowałam z treningu na Chenaro i poszłam do domu. Po prostu się poddałam, a potem przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie walcząc z myślami, że cała ta praca nie ma sensu i coś jest ze mną nie tak.

Ostatnio dużo skupialiśmy się na moim dosiadzie, ogólnie trzeba zmienić mniej więcej wszystko. Za wysoko anglezowałam, za mało pięty na dół, za mało brzucha do przodu, za bardzo nogi lecą do przodu… To było również dla mnie trudne, ponieważ bardzo trudno jest zmienić nagle to czego uczyłeś się przez całe lata pracy. Nie pomagało mi to też pracować z koniem, ponieważ bardzo dużo uwagi musiałam skupiać na swojej technice, a gdy znowu coś nie wychodziło, wyprowadzało mnie to z równowagi. Okazało się, że większość z tych problemów zniknęła po zmianie siodła ujeżdżeniowego. Aktualnie mamy na próbę siodło marki Otto Schumacher, które charakteryzuje się zupełnie pionowymi, (a dodatkowo długimi) tybinkami.

$_57

Dla porównania tu jest moje obecne siodło. Jak widzicie tybinka jest przesunięta trochę do przodu. Różnica nie wydaje się duża, a jednak w efektach na koniu w moim przypadku – ogromna.

1000439

Dzięki tybinkom skierowanym prosto w dół w tym testowym siodle, poduszki przy kolanach o wiele lepiej trzymają moją nogę i nie pozwalają jej przesuwać się w stronę łopatek konia. Mam lepszą równowagę, łatwiej jest mi zachować dobrą sylwetkę i nie muszę tak napinać mięśni np. przy anglezowaniu czy w kłusie ćwiczebnym. Lepiej współgra mi się z koniem. Do tych wszystkich korzyści dochodzi jeszcze to, że człowiek może się wreszcie skupić na poprawianiu innych rzeczy niż własna technika i ma już jeden kłopot z głowy. :)

Przy okazji przyjazdu pana od siodeł pokazałam mu od razu moje siodło skokowe. Okazało się, że jest ono na mnie za małe – nie w sensie że urósł mi tyłek – tylko raczej dlatego, że są za krótkie tybinki na długość moich nóg. W związku z tym, żeby zmieścić je w siodle siedzę tyłkiem bardziej z tyłu siodła. Jak na razie nie mam na próbę żadnego innego – szukamy siodła dla mnie. Założę się, że razem ze zmianą siodła skokowego również rozwiąże się kilka problemów odnośnie mojego półsiadu (np. bycie za ruchem konia podczas lotu nad przeszkodą). :) Uprzedzam jednak, że każdy ma inną budowę i inne potrzeby w sprawie siodeł. Dla mnie, przy moim wzroście i długich nogach, potrzebne są tybinki skierowane prosto w dół. Dla innych osób o innym rozłożeniu środka ciężkości, tybinki nieco z przodu mogą być lepszym rozwiązaniem.

Zmiana siodeł zatem rozwiązuje w pewnym sensie część moich kłopotów z techniką. Pozostaje jednak wciąż problem z nadmiernie emocjonalnymi reakcjami na gorsze dni. Wydaje mi się, że kluczem do poprawy formy w moim przypadku było zaakceptowanie przeze mnie aktualnej sytuacji. Chodzi mi o to, że wcześniej gdy chciałam żeby Sojuz chodził dokładnie tak samo na każdej jeździe jak to pamiętałam „okresu wzlotu”, zaczynałam się denerwować gdy tak się nie działo. Nie wiedziałam jak do tamtego stanu powrócić, więc zaczynałam jeździć siłowo, a jak jest akcja to i reakcja- Sojuz również zaczynał tak postępować i tak się wzajemnie nakręcaliśmy (błędne koło musi być :P). Dopiero gdy przyjęłam do swojej świadomości i zaakceptowałam fakt , że Sojuz gorzej chodził (przestałam z tym walczyć) i uznałam stan, który pamiętałam za cel, a nie za to co powinno już być, mogłam nareszcie spokojnie zacząć pracę… :)

Gdy teraz sobie myślę o tym całym kryzysie dochodzę do wniosku, że takie wzloty i upadki są potrzebne jeźdźcowi, ponieważ dają dodatkowe doświadczenie i motywację. W moim przypadku mam nadzieję, że gdy przyjdą następne „dwa kroki w tył” dzięki temu czego teraz doświadczyłam, nie przyjmę ich już w tak emocjonalny sposób, ponieważ będę miała świadomość, że w końcu okres załamania formy minie. Z drugiej strony jeżeli nie występowałoby takie zjawisko kryzysu, w czego rezultacie okres między poprawami wydłużyłby się wielokrotnie, jeździec nie miałby dodatkowej motywacji jak przy „wracaniu do formy” po upadku (nawet jeżeli nie jest to jedynie powrót do normalnego stanu, a nie polepszenie). Z dwojga złego wyszło na dobre :)

Opublikowano Dzień jak codzień... | 14 komentarzy

Dwie opcje…

Przez ostatnie dni nie odzywałam się zbyt często :( ponieważ okazało się, że po świątecznej przerwie nawarstwiło się wiele rzeczy do zrobienia zarówno w stajni jak i w szkole :( Mam nadzieję, że niewielu z Was popełniło ten błąd i poprzekładało sobie sprawdziany na teraz… :P

Dlatego właśnie chciałabym napisać w jakiej sytuacji aktualnie się znajduję razem z moimi kucykami. W sumie można by było to porównać do lekkiej depresji poświątecznej albo do małego kryzysu wieku średniego :P

Tak jak postanowienia noworoczne zwykłych ludzi skupiają się na takich rzeczach jak waga, rzucenie palenia, lepsze oceny itp. tak mój Trenejro stwierdził że idealnym postanowieniem będzie zakaz czarnej wodzy na treningach w nowym roku. Tak więc od pierwszego treningu po 01.01.2015 miałam jeździć na Sojuzie bez żadnych „pomocy naukowych”. Szczerze mówiąc bałam się trochę tej jazdy, więc na wszelki wypadek wzięłam ze sobą czarną wodzę :P Okazało się jednak że Smok chodził lepiej niż się spodziewałam. Najfajniejsze uczucie było w galopie, kiedy to praktycznie nie musiałam niczego robić, a Sojuz sam się zaokrąglał, odpowiednio ustawiał jednocześnie zostając lekkim na pysku :D Niestety przez ostatnie kilka jazd zauważyłam systematyczny spadek tej dyscypliny u kucyka… Teraz znów staje się sztywny i ciężki, z zadem jakieś 2 kilometry za nim… :(

Bardzo podobnie sprawa wygląda z Chenaro. W sumie od kiedy przyjechał i tak zrobiliśmy duży progres, ponieważ już umiem nim stepować i kłusować na zupełnie rozluźnionej szyi, ustawionej w dół… ale nic poza tym. Galop nadal jest lekką masakrą, Czarka szyja zamienia się wtedy w drewno, idzie cały sztywny przez co i ja się taka robię, co z kolei nie pozwala mu się rozluźnić (jak zawsze musi być błędne koło :P).

Teraz pozostaje tylko pytanie jaki jest powód tego kryzysu? Widzę tylko dwie opcje, albo jest to po prostu jeden z zapewne wielu jeszcze gorszych okresów koni. Nie wiem czy wiecie (może już to zauważyliście), ale niestety w pracy z końmi trzeba się liczyć z ich spadkami i wzlotami formy. W zależności od konia zwykle następuje długi okres bez postępów, nagle objawia się jakiś przełom w pracy, a następnie znów nic albo nawet lekki spadek. Czasami jest też tak, że żeby zrobić jeden krok do przodu, najpierw trzeba cofnąć się o dwa- smutna prawda. Oczywiście nie mówię, że dotyczy to wszystkich koni (jest jeszcze nadzieja :P). Wracając, druga opcja – chyba prawdopodobniejsza – że to ze mną jest problem. Aktualnie Trenejro cały czas powtarza mi, że muszę zacząć od siebie, bo jeżeli ja nie zacznę dobrze siedzieć i prawidłowo „działać”, żaden koń nie będzie pode mną funkcjonował jak należy (pocieszające no nie? :P).

W każdym razie jak na razie będę się starać ze wszystkich moich sił żeby się poprawić, ale cały czas mam nadzieję że to chociaż częściowo ta pierwsza opcja również gra tu rolę :) Tym bardziej, że dzisiaj pracował u nas koński dentysta i każdemu kucykowi znalazł jakieś znalezisko.

10928809_10203320545398735_616068294_n10937483_10203320545598740_1931972395_n 10904848_10203320545478737_1482741345_nScottiemu np usunął potężny wilczy ząb, który musiał mu przeszkadzać przy wędzidle.

10922162_939221442762185_918663587_n

Opublikowano Dzień jak codzień... | 24 komentarzy

Demaskujemy prawdziwe oblicze stajennych championów…

3 Spirit Stallions: we reveal the truth – what Boys do during days free of trainigns…

Opublikowano Dzień jak codzień... | 18 komentarzy