Kilka historii ku przestrodze

Ostatnio powstała w komentarzach moich wpisów dyskusja. Pada dużo pytań do mnie, wiele kwestii teoretycznych jak powinno a jak nie powinno się robić. Z tej dyskusji dowiedziałam się już kilku nowych rzeczy, np o istnieniu przeciwwagi wędzidła i zadu (muszę dowiedzieć się o tym więcej jak tylko znajdę czas), albo np o efekcie dziadka do orzechów. Czyli ma ona jakiś sens. Ponieważ toczy się ona między osobami które ewidentnie kochają konie, mam prośbę wyrzucenie z niej emocjonalnych, negatywnych założeń i pretensji. Osobiście zabolał mnie pierwszy post tej dyskusji, bo odebrałam go jako zarzut, że nie troszczę się o swojego konia, a w rzeczywistości tak nie jest. Poczułam się niesprawiedliwie oskarżona, a to boli. Jednak trudno odczytać prawdziwe intencje piszących komentarze, tylko na podstawie postu. Można go zinterpretować w dowolny sposób bo nie widzimy osoby która pisze ten post i jej emocji. Widzimy tylko słowa a słowa można czytać różnie. Dlatego prawdopodobnie niesłusznie ja sama odebrałam te posty i dlatego po przemyśleniu sprawy proszę, aby wszyscy w tej dyskusji nie zakładali złej woli drugiej strony dyskusji, ale też nie zakładali zaniedbań jeśli nie mają do tego podstaw.

Padło w niej też stwierdzenie, że ja często przesadzam w tym co piszę, bo nie spotykają mnie wielkie tragedie. Jestem już taką osobą która reaguje emocjonalnie. Taka jestem. Staram się nie przejmować porażkami, ale często moja pierwsza reakcja jest bardzo silnie emocjonalna. Poza tym niektóre sytuacje opisane przeze mnie są tragiczne i miały prawo spowodować wielkie emocje. Takie jak wiadomość o śmierci Rysia tuż przed startem w mistrzostwach Polski. Zatem powstrzymajmy się z ocenami, bo większość ludzi nie wie jak sami zachowaliby się w takiej sytuacji. Nawet wiadomość o kulawiźnie konia powoduje duże emocje, bo bardzo, bardzo się człowiek martwi o swojego przyjaciela. Trochę wzajemnej życzliwości proszę. A teraz obiecane historie ku przestrodze w tym jedna o którą padły pytania w komentarzach.

Czasami zupełnie zwyczajne i pozornie niegroźne historie powodują poważne konsekwencje. I nie zawsze wynikają one ze złej woli (tu uprzedzam zarzuty), tylko albo z niewiedzy, albo z konieczności wyboru mniejszego zła. Opowiadając te historie nie chcę OSKARŻAĆ nikogo o kim będę pisać, bo nawet jeśli zawinił to nie musiało się tak stać ze złej woli. Często zresztą nie piszę detali na moim blogu, żeby nie stawiać w złym świetle publicznie różnych osób.

W zeszłym roku Sojuz stał jak wiadomo w innej stajni. Były tam bardzo trudne warunki. Padoków mało, konie wychodziły tylko na max godzinę dziennie, stajnie stare, brak odpowiedniego podłoża na ujeżdżalni. Wynikało to z braku funduszy klubu w którym jestem do tej pory.

Smok przybył do nas pod koniec marca. Chciałam, żeby było mu jak najlepiej, więc postawiłam go do boksu, z którego widać cały wjazd do stajni. Skoro już tak długo musiał w ciągu dnia stać w boksie, niech chociaż ma rozrywkę i widzi wszystko co się dzieje na placu. Boks samodzielnie pomalowałyśmy i odświeżyłyśmy, żeby był czysty i przyjemny. Dodam, że ten boks miał okno, co było dużą zaletą w porównaniu do boksu który posiadałyśmy przez długi czas dla Rysia, który nie miał okna i był dość ciemny. Zatem w całej tej sytuacji rozwiązanie wydawało się najlepsze z możliwych. Po jakimś czasie Smok zaczął mieć problemy ze strzałkami, które starałyśmy się opanować smarując strzałki tymi specyfikami na gnijące strzałki, które są dostępne w sklepach, jednak problemy się nasilały. Poradziłyśmy się lekarza weterynarii, która zaleciła jeszcze inny środek nakładany na wacik i wkładany w strzałki codziennie. W sierpniu zeszłego roku Smok miał mieć miesiąc odpoczynku po intensywnej pod względem zawodów wiośnie. Mama jeździła do niego codziennie i zmieniała opatrunki w strzałkach, a mimo to sytuacja się nie poprawiała. Lekarz zalecił jeszcze mocniejszy wysuszający środek. Smok zmęczony tą sytuacją zaczął się szarpać podając nogi. Sytuacja nieco się poprawiła gdy znowu wrócił do treningu i wyjeżdżał na zawody. W międzyczasie dowiedziałyśmy się, że zwolniło się miejsce w stajni Przyleśna (w której jest kolejka chętnych na miejsce, więc była to okazja) i zdecydowałyśmy się na zmianę stajni, żeby Smok miał lepsze warunki: większy boks, mniej koni w stajni, padoki, halę do treningu zimą itp. I co się okazało jak się wyprowadzałyśmy? Stajenny ze starej stajni nam powiedział tak zupełnie mimochodem, że w boksie Smoka, było uszkodzone poidło, z którego cały czas ciekła woda i stała pod ściółką dokładnie tam, gdzie Smok miał przednie nogi gdy patrzył na podwórko. Prawdopodobnie, bo nie wiem tego na pewno, stajenny wiedział o tym znacznie wcześniej, niż nam to powiedział, ale zajmował się ważniejszymi z jego perspektywy rzeczami, czyli remontem karuzeli, a nie remontem naszego poidła. Po przeniesieniu do nowej stajni, gdzie konie są na padokach po 6-7godzin dziennie i gdzie ściółkę wybiera się co tydzień do czysta, strzałki Smoka “magicznie” się wyleczyły w ciągu jednego miesiąca bez żadnych specyfików. Morał z tej opowieści jest taki, żeby szukać przyczyn chorób koni w szerokiej perspektywie, czyli nie tylko “może on ma do tego skłonności”, ale szerzej. Drugi morał jest taki, że nawet jeśli chcemy najlepiej, nie zawsze wiemy całą historię wtedy gdy ona się dzieje. Czasem, a nawet często o przyczynie dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy objawy ustępują i dopiero po czasie rozumiemy co było przyczyną problemów.

Druga historia to obecna historia kulawizny Smoka. Wczoraj był u Smoka lekarz. Oczywiście czekałyśmy ze trzy godziny bo miał dużo ciężkich przypadków tego dnia. Niestety bardzo się o Smoka bałam. Bardzo. Była to druga taka historia kulawizny w ciągu krótkiego czasu, co mogło wskazywać na poważną kontuzję. I co się okazało? Okazało się, że Smok ma zapalenie obu przednich stawów kopytowych z powodu prawdopodobnie okucia, dodatkowo przeciążanego ostrymi zakrętami w małej hali w czasie skoków w szeregu, no i opóźnionym ponownym kuciem. Proszę tu jeszcze raz o nie oskarżanie nikogo, tylko przyjęcie tej historii jako nauczki, jak błaha teoretycznie historia może się zakończyć.

Smok od wielu lat ma tego samego kowala, który mieszka gdzieś na południu Polski. Kowal ten kuł go w czasie, gdy chodził zawody dwugwiazdkowe, więc w międzyczasie bardzo dobrze poznał nogi tego konia, to co u niego dobrze i źle działa dlatego po kupieniu Smoka cały czas korzystamy z usług tego kowala. Zimą tego roku pojechaliśmy na tydzień na narty. Smok był wcześniej okuty, miał fartuchy śnieżne i miał się dobrze. Jednak właściciel stajni zadzwonił do nas z informacją, że Smok zgubił podkowę i nie można jej znaleźć i zapytał co ma w takiej sytuacji robić. Telefon do naszego kowala dał nam informację że nie będzie on w W-wie w najbliższych dniach. Z drugiej strony koń nie może być bez jednej podkowy. Zatem poprosiłyśmy, żeby lokalny kowal do którego ten Pan ma zaufanie go przekuł. I teoretycznie wszystko było ok. Ale w międzyczasie była ta pierwsza kulawizna, rozpoznana przez lekarkę jako spowodowana tym krwiakiem. Leczenie trwało kilka dni środkami przeciwzapalnymi i odpoczynkiem i ustąpiła. Ale poprosiłyśmy jeszcze dr Przewoźnego o konsultację i on wtedy nic nie mógł wielkiego powiedzieć bo po leczeniu koń nie kulał, ale powiedział wtedy, że jego zdaniem taki krwiak nie daje objawów kulawizny.

Nasz kowal miał przyjechać na samym początku Kwietnia, ale nie dojechał. Sprawy rodzinne czy coś podobnego, dojechał dopiero w ten poniedziałek, czyli dwa tygodnie później. W międzyczasie Smok znowu okulał. I łącząc te informacje od dr Przewoźnego z obecną sytuacją pomyślałyśmy, że zapewne te dwie kulawizny mają tą samą przyczynę. I okazało się, że tak jest! Okucie lokalnego kowala nie było dla Smoka dobre. Przeciążenia nóg przy treningu skokowym z tymi zakrętami wzmocniło złe działanie tego kucia. Przedłużenie posiadania takich podków miało tym bardziej złe konsekwencje. Nic teoretycznie nie było w tej historii co wynikało z naszego błędu. Chciałyśmy dobrze, a wyszło jak wyszło. Morał z tej historii jest taki, że nawet jeśli się chce jak najlepiej dla swojego konia, czasem nie ma się wyboru lub odpowiedniej wiedzy, żeby to oceniać. Trzeba było przekuć Smoka, a nasza wiedza jest za mała żeby ocenić czy takie a nie inne kucie jest dla niego dobre. Zresztą kowal który go kuł wtedy kuje kilka koni w naszej stajni i mają się bardzo dobrze. Zapewne nieszczęśliwie coś zaszkodziło Smokowi w tym kuciu i wynika to pewnie ze specyfiki jego nóg czy kopyt. To co robimy żeby w przyszłości było dobrze, to trzymanie się tego starego, sprawdzonego kowala, który zna naszego konia. Niestety mieszka on daleko i czasem trzeba na jego przyjazd czekać jakiś czas. Ale z drugiej strony czasem nie jest w naszej mocy wszystko kontrolować. W przyczynie kulawizny dowiedziałyśmy się dopiero w czasie badania wczoraj i morał jaki z niego wynika dla nas osobiście, to pilnowanie nie przechodzenia terminu kucia (chociaż pilnujemy go, ale z reguły to kowal z jakiegoś powodu przesuwa wizyty). W obecnej sytuacji porozmawiamy z nim o tym jak to zrobić żeby taka sytuacja się nie powtórzyła. Tym bardziej będziemy pilnować się tylko tego jednego kowala.

Przydługi ten mój dzisiejszy post, ale mam nadzieję że pozwoli zrozumieć tym, którzy krytykują, że nie zawsze wszystko wiem i mogę przewidzieć chociaż zawsze staram się robić rzeczy najlepsze z perspektywy mojego konia. Decyzja jaką podjęłyśmy o przeprowadzce do nowej stajni spowodowały coś dobrego (wyleczenie strzałek), ale okazuje się też, że są jakieś problemy – hala jest za mała dla tego konia do skakania szeregów i trzeba to będzie jakoś rozwiązać. Na szczęście wreszcie przyszła wiosna, wyjdziemy na dużą ujeżdżalnię i kilka problemów się rozwiąże.

Smok jest w procesie leczenia, za 5 dni mam próbować na nim delikatnej pracy ujeżdżeniowej. Osobiście mam nadzieję, że już nigdy się nam taka historia nie przydarzy :)

Komentarze

36
  • Ola

    piękny post :)
    mam nadzieję, że to przemówi do oskarżających, którzy tak na prawdę nie znają całej sytuacji.
    pozdrawiam Cię Gosiu i oczywiście Smoka :)

    Odpowiedz
  • sylwia

    nieprzejmuj się ;)
    też jestem uczuciową , wrażliwą osobą , którą więkrzość ” wyzywa ”
    nie mają co robić !
    ostatnio byli na moim blogu ;(
    hejtowali ile weszło …
    mam nadzieję że historia się sKOŃczy ;)
    pozdrawiam :D

    Odpowiedz
  • Julia

    a ja mam pytanie-może wyda ci się nieodpowiednie ale ile bierze od ciebie ten kowal skoro musi tyle dojeżdżać? i ogólnie ile bierze bo jestem właśnie z samego południa Polski a mianowicie okolice Zakopanego i nie mogę znaleźć dobrego kowala

    Odpowiedz
  • kartagina

    Ja mialam przyjemnosc uczestniczyc w wykladzie na cavalidzie, gdzie w sali konfencyjnej stacionowal Uniwersytet Jezdziecki i bylam na zajeciach o wedzidlach, gdzie wlasnie mowili o dzialaniu jak dziadek o orzechow, wiec jesli chcesz, to moge jakos krotko to opisac. :D

    Odpowiedz
      • kartagina

        Powoduje go najwyklejsze pojedyncze lamane wedzidlo (nie wiem, jakiego uzywasz, ale oliwka tez). Teraz to bedzie trudne w opisaniu, ale sprobuje ;) wez takie wedzidlo do rak, zlap za dwa konce i scijnij, zobacz, ze czesc w krotej wedzidlo sie lamie, tworzy tak jakby kolec wbijajacy sie w podniebienie konia, a tam gdzie jest tak jakby stala czesc wedzidla dziala na dziasla. To wszystko jest jeszcze pogarszane przez wytok (mowili tam, ze rzeczywiscie wytok jest ok, ale z innym wedzidlem, bo w pojedynczo lamanym sciaga wedzidlo na dol). Aby przetestowac jak to dziala, niech ktos zrobi ci tak na reku, a to bedzie tylko czesc tego dziadka do orzechow, bo zostaje jeszcze sprawa podniebienia. Ogolnie to zalecali stosowanie wedzidel, po 1 oliwek, ale przed wszystkim podwojnie lamanych, poniewaz one nie dzialaja w taki sposob na podniebienie, i ogolnie jest jeszcze lepiej jakby mialy miedziane wstawki, bo wtedy reguluje to pH czy cos. I z takim wedzidlem wytok juz nie szkodzi.
        Jesli ktos ma jakies uwagi to pisac :D

        P.S. Sory, za skladnie, ale trudno to zobrazowac piszac post :)

        Odpowiedz
  • Alvasenaie

    Gosiu,
    Cieszę się że napisałaś ten post – wiele wyjaśnia, poza tym to kolejne historie, które możemy zapamiętać, aby móc zapobiegać. Niestety opieka nad koniem często jest trudna – niełatwo powiązać ze sobą fakty, albo wpaść na to, co może być przyczyną(jak np. cieknące poidło). No i te podkowy – z nimi zawsze są problemy, w końcu to ciało obce przybite na stałe do kopyt naszego konia. Osobiście nie przepadam za nimi i uważam, że jak można, to trzeba ich unikać(większość koni może chodzić bez podków). Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że większość koni sportowych chodzi w podkowach(swoją drogą ciekawa jestem na ile to jest konieczne). Ale nie chciałabym byś traktowała to jako atak(tak na wszelki wypadek :) ) To bardziej informacja-ciekawostka jakby ktoś nie wiedział.
    Może ja też się trochę wytłumaczę. Mój pierwszy post, choć zapewne nieco nieprzyjemny, był spowodowany głównie tą jazdą na koniu, który jeszcze niedawno kulał i to niewiadomo dlaczego. Ja sama obserwowałam niedawno dość nieprzyjemny przypadek, gdzie właśnie koń zakulał, dano mu przerwę, niby przeszło, jeszcze kilka miesięcy było ok., a potem kulawizna wróciła i to w dużo większym stopniu. Potem się okazało, że gdyby od razu była poprawna diagnoza, to leczenie byłoby dużo szybsze i skuteczniejsze(za pierwszym razem wet był, ale diagnoza – błędna). Niestety wiele chorób jest podobnych i dość paskudnych – koniowi przechodzi po przerwie, a potem wraca i to w jeszcze większym stopniu. Do tego może wydawać się że jest ok… A niestety, koń nie powie co go boli, a szkoda. Dlatego może, ja nieco przewrażliwiona jestem, po prostu uważam, że dmuchać trzeba na zimne, zamiast jeść w nadziei, że się nie poparzymy. Szczególnie, że patrząc na wasze zdjęcie z tamtej jazdy, miałam wrażenie, że coś jest nie tak – że zaburzona została lekko kolejność stawiania nóg w kłusie(choć mogę się mylić – zdjęcia często mylą, szczególnie że widać tylko kawałek konia)
    Niestety, to jest tak jak mówisz – w komentarzu trudno zawrzeć to, co by się chciało, tak by nikt tego negatywnie nie odbierał. Nie miałam i nie mam zamiaru Ciebie obrażać i nie chciałabym by zostało tak to odbierane. Chciałam jedynie, zwrócić uwagę na kilka faktów. Wiem jak konie są jeżdżone dzisiaj i że większość z tych rzeczy jest powszechna. Przeciwna jestem większości z nich(ale o tym już było. Duużo :) ). Choć to co robisz, to jeszcze jest nic(złego) w porównaniu z tym co się dzieje na zawodach wysokich klas ujeżdżeniowych – tam wszystko stoi na głowie, niestety.
    Tak więc jeszcze raz – nie jestem Twoim wrogiem i nie chcę nim być.
    Jeśli chodzi o efekt dziadka do orzechów(nie słyszałaś o nim wcześniej?) można go zniwelować częściowo przez stosowanie wędzideł wielokrotnie łamanych(taka praktyczna ciekawostka)
    Ja proponuję zawarcie pokoju? Zgoda?
    Alvasenaie
    PS: Pokój nie oznacza końca dyskusji, choć jeśli będzie ona bez negatywnych odczuć, to będę bardzo zadowolona.

    Odpowiedz
    • zebrazklasa

      A co do podków to w wkkw są chyba potrzebne głównie do przyczepienia haceli, żeby koń się nie ślizgał na crosie gdzie wkońcu bardzo szybko biegnie i dużo skacze w naturalnym terenie na trawie, piasku, wodzie. Często teren na jednym crosie jest bardzo różny. Tak więc są potrzebne dla jego i jeźdźca bezpieczeństwa.

      Odpowiedz
      • Alvasenaie

        Nigdy nie analizowałam tego dokładnie(kiedyś może się za to wezmę), ale wiem, że były bose konie, skaczące, chodzące cross i wyścigi – nigdy się w to nie wgłębiałam, jak będę miała czas to spróbuję, bo jest to dość ciekawe(a ja trochę się zajmuję kopytami, tak nie-zawodowo). Generalnie z tego co wiem, konie mają niezłą przyczepność na boso(ale muszę to sprawdzić).
        A Sojuz jest rozkuwany wogóle(na dłużej, oczywiście), czy chodzi cały czas w podkowach? Z tego co wiem, niektórzy swoje konie rozkuwają, np. poza sezonem, żeby wzmocnić kopyta.(pytam z ciekawości)
        Alvasenaie

        Odpowiedz
  • frygusiasta1996

    Rozumiem Cię… Sama mam klacz i wiem jaki to jest duży obowiązek. I nie dziwię się, że troszczysz się o Smoka. Moja Fryga jest bardzo chorowitą kobyłką. Często ma również przeróżne kontuzje. W 2012 stała w boksie przez pół roku. I za każdą kontuzją, albo kolką ‘chorowałam z nią’, bo jak można zostawić w takich sytuacjach przyjaciela. Gdy moja kobyłka miała operację to nie mogłam spać już tydzień przed zabiegiem :) Więc nie przejmuj się ‘hejterami’, którzy nie rozumieją że koń to naprawdę bardzo duży obowiązek. Rób to co uważasz, że dla Smoka jest najlepszym rozwiązaniem i nie patrz na osoby, które nie wiedzą jak to jest martwić się o swojego czterokopytnego przyjaciela :) Zapraszam do siebie: photoblog.pl/frygusiasta

    Odpowiedz
  • Marla

    Fakt w trawersie warunki dla koni są potworne , a zwłaszcza dla koni szkółkowych :(

    Odpowiedz
  • Zosia

    niektórzy nie wiedzą co to choraba przyjaciela nie przejmuj sie nimi ja też jestem uczuciowcem strasznie przywiązuje się do przedmiotów czy zwierząt/ludzi

    Odpowiedz
  • Aisha

    Czasami człowiek się stara i chce jak najlepiej, a i tak wychodzi jak wychodzi…
    Ale fajnie, że wyjaśniłaś te sprawy z nogami Smoka ;)

    Jeśli chodzi o sprawę wędzidła to bardzo polecam podwójnie łamane ;) Sama niedawno poczułam różnice, koń chodzi na nim o wiele lepiej ;) Jest o wiele przyjemniejsze dla jego pyska ;)
    Zgadzam się również z Alvasenaie jeśli chodzi o skośnik. Uważam go za zupełnie niepotrzebny patent, który po prostu przysłania problem zamiast go likwidować i sprawia koniowi dodatkowy, niepotrzebny ból. Po co jeździć z nim, skoro można tak samo jeździć bez niego? Chodzi mi tu głównie o treningi, bo wiem, że na zawodach sytuacja może przedstawiać się nie co inaczej. Wolę już ogłowia meksykańskie.

    Ogólnie strasznie was (Ciebie i Smoka) lubię, chciałabym jeździć tak dobrze jak Ty ;) Życzę jak najlepiej ;) Fajnie, że przeprowadziłaś ze Smokiem Join-up ;) obyście się coraz lepiej dogadywali!

    Odpowiedz
  • Alvasenaie

    Odnośnie efektu dziadka do orzechów, dodam jeszcze, że jest jednym z powodów, dla którego konie otwierają pyski(jeśli mogą). Koń, kiedy ten “kolec” zgiętego wędzidła(jak to określiła kartagina) wbija mu się w podniebienie, usiłuje przed tym uciec, otwierając pysk. W ten sposób oddala podniebienie od wędzidła i częściowo ucieka przed bólem. Przekładanie języka nad wędzidło, też często jest spowodowane efektyem dziadka do orzechów. Jest to po prostu inny sposób na zmniejszenie bólu – koń wkłada język, między obolałe podniebienie i dzięki temu obrywa w język, a nie w podniebienie. Język też jest wrażliwy, ale w końcu najgorzej jest dostawać cięgle w to samo miejsce. Często w tym momencie człowiek zakłada mocno zapięty skośnik, uniemożliwiając koniowi obronę. Problem w tym, że koń nadal odczuwa ból(nie trzeba do tego mocnego działania wędzidła). <- To tak pokrótce. Polecam również filmik "The effects of the bit"(po angielsku), dostępny na youtube, tam jest sporo wyjaśnione.
    Alvasenaie

    Odpowiedz
  • horserka85

    Cieszę się że ta sprawa została wyjaśniona i oby więcej takich problemów nie bylo bo bardzo Was lubie :)

    Odpowiedz
  • marysia200124

    Na yt znalazłam filmik na temat tego, co robi wędzidło pojedynczo łamane w pysku konia. Oto on:
    http://www.youtube.com/watch?v=bjr7pntkhuc :D łatwiej jest sobie wtedy to wyobrazić

    Odpowiedz
    • Alvasenaie

      to jest wersja tego filmiku o którym mówiłam(The effects of the bit”), tylko z polskimi napisami :D Dzięki, nie wiedziałam, że ktoś do tego dorobił napisy.
      Alvasenaie

      Odpowiedz
      • marysia200124

        spoko, nie wiedziałam, że o to Ci chodziło ;) Ale w sumie nie da się przekonać ludzi, żeby jeździli na koniach bez wędzidła :/ tak było, jest i będzie

        Odpowiedz
  • inthehaxleypower

    Cieszę się, że wszystko się wyjaśniło :). Mój też miał podobny problem spowodowany złym kuciem, tylko u nas doprowadziło to do dziury w ścięgnie.

    Odpowiedz
  • Alvasenaie

    Myślę, że mogę też trochę rozwinąć temat “przeciwwagi wędzidła i zadu”. Już od początku chciałabym sprecyzować – nie chodzi tyle o przeciwwagę dla zadu, co przeciwwagę dla łydki. I nie tyle samego wędzidła, co użycia wodzy, czyli działania tymże wędzidłem. A cała reszta się zgadza :) Czyli przeciwważne działanie mają: łydka i wodza(jako pomoce), a w przypadku ogólnym: pomoce aktywizujące i pomoce ograniczające a także wstrzymujące.
    Dlaczego to łyddka jest przeciwważna, a nie zad? Dlatego, że koń nie potrzebuje przeciwwagi dla zadu. Kiedy koń biega sam, po pastwisku i jest zdrowy, nie potrzebuje przeciwwagi dla siły swojego własnego zadu. Koń biegający bez jeźdźca jest rozluźniony i ma zaokrąglony grzbiet. Jemu do szczęścia nie jest potrzebny człowiek siedzący na plecach(bez obrazy :) ) – koń po prostu wie co ma robić z samym sobą! Problem zaczyna się jak człowiek na tego konia wsiada, bo koń sam z siebie nie będzie wiedział jak chodzić z nim, żeby było ok. Przy czym większość średnio ujeżdżonych koni, będzie chodziła w ładnym ustawieniu(tak jak bez człowieka), jeśli ten właśnie człowiek wlezie mu na plecy, będzie siedział rozluźniony i poruszał się razem z koniem, ale nie będzie nic od tego konia wymagał, tylko sobie na nim siedział. Koń może kłusować, galopować, ale póki człowiek niczego nie wymaga, a koń umie się z człowiekiem poruszać, koń będzie rozluźniony. “Problem” pojawia się dopiero jak człowiek wymaga, czyli jak działa pomocami.
    Ale zacznę nieco z innej beczki: z końmi dążymy do samoniesienia. Czyli do tego, żeby nie potrzebowały pomocy jeźdźca do poprawnego ruchu, a jedynie jako wskazówek co mają zrobić. Czyli przestajemy “mówić”: podstaw bardziej tylnią nogę, rozluźnij się, wejdź na kontakt, aktywniej zad itd., zamiast tego mamy konia na pomocach i “mówimy”: lewo, prawo, zagalopowanie. Koń nie potrzebuje niczego więcej – on po prostu wie, co ma robić. Oczywiście wtedy, nie ma większego znaczenia to, jak mu przekażemy co ma zrobić – ważne żeby on to rozumiał. Więc czy jedziemy na wędzidle, kantarze, cordeo(sznurek na szyi), czy bez niczego – nie ma znaczenia, o ile koń rozumie co ma zrobić. To jest taki nasz cel, do którego dążymy.
    Większość pomocy jeździeckich ma pomóc koniowi, powiedzieć mu nie tylko co, ale też jak ma to zrobić. One są(powinny być) czymś przejściowym. Kontakt na wodzy również. Nie bez powodu jednym ze sposobów na sprawdzenie samoniesienia jest właśnie pozostawienie konia bez kontaktu – jak się “zgubi”, poleci z głową, odangażuje zad, to ten koń napewno nie niesie się sam. Jeżeli sam się niesie, to nie będzie mu to przeszkadzało.
    Tak więc cały ten problem, cała dyskusja, sprzeczki i sprzeczności, natural kontra klasycyzm(standard na wszystkich forach), jeżeli działamy dla dobra naszego konia, sprowadza się do jednego: jak wytłumaczyć koniowi jak ma coś robić. Jest wiele dróg do osiągnięcia tego samego – czyli samoniesienia. Ale jeźeli zrozumiemy, że większość z tego jest przejściowa, to zrozumiemy też dlaczego pomoce do wykonania różnych elementów ujeżdżenia są tak różne, na różnych koniach – po prostu każdemu koniowi trzeba tłumaczyć inaczej. Bardzo ładnie też widać to na przykładzie młodych koni. Kiedy ujeżdżamy młodziaka, trzeba bardzo dokładnie i precyzyjnie, często w mocno przesadzony sposób opisywać każdy ruch, bo młody tego nie wie. Potem formuują się już pewne uproszczenia i nie trzeba tyle robić, żeby koń wiedział jak ma coś zrobić.
    Przeciwwaga wodza-łydka(jako pomoce) działa prosto. Działając łydką, aktywizujemy zad, koń przesyła energię z zadu do pyska(w przenośni oczywiście), opiera się na wędzidle i przekazuje ją jakby do ręki jeźdźca. Nie bez powodu mówi się, że wędzidło nie ma prawa działać bez łydki(nawet jeśli koń idzie do przodu), innymi słowy jedziemy konia od tyłu do przodu, a nie od przodu do tyłu. Wodza równoważy działanie łydki, czyli jakby zamyka krąg. Bez jednego albo bez drugiego, krąg jest otwarty, energia nie płynie swobodnie i rodzą się problemy. Krąg: łydka, działa na zad, zad przekazuje energię pzez kołyszący grzbiet do pyska, pysk opiera się na wędzidle, energia wraca przez rękę jeźdźca do niego, krąg się zamyka. Oczywiście w przenośni, bo przecież tak na prawdę i tak wszyscy jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Tak jest w jeździe klasycznej.
    W jeździe bezwędzidłowej jest podobnie, tyle, że kontakt mamy na nosie konia(zazwyczaj), a nie w jego pysku. W naturalu natomiast bardzo często jeździ się na luźnej wodzy, bo tam mechanizm jest inny – dąży się do rozluźnienia konia, zaanagażowaniu zadu, pozwalając koniowi robić z głową to, co mu się podoba z nią robić. Kiedy dojdzie do rozluźnienia, będzie trzymał ją prawidłowo, zaokrąglając grzbiet. Często bardzo ładną pracę widać na cordeo(sznurek na szyi), które często działa przeciwważnie do pomocy aktywizujących, na podobnej zasadzie, tyle że znowu koń ustawia głowę jak mu wygodnie, przy prawidłowej pracy znowu mamy zaokrąglony grzbiet i prawidłowe ustawienie głowy.
    Oczywiście nie ważne co robimy, dążymy do tego samego. Skąd się biorą problemy? Dlaczego niektóre konie, dobrze chodzące na wędzidle, tak źle reagują na bezwędzidłówkę(niektóre!) i odwrotnie? I tu mam całkiem ładne porównanie. Wyobraźcie sobie, że próbujecie nauczyć kogoś czegoś, np. jakiejś dziedziny fizyki(wszystko jedno czego). Rzecz w tym, że tłumaczycie to coś słowami. Niestety wasz uczeń na początku nie potrafi mówić w żadnym języku. Dlatego musicie go nauczyć mówić i rozumieć w tym języku, aby możliwa była komunikacja. Jeżeli przez kilka lat uczycie go mówić po polsku, a potem tłumaczycie mu to coś w tym języku, po pewnym czasie on zaczyna łapać. Wyobraźmy sobie, że usłyszeliście gdzieś, że polski jest strasznie trudny, a rosyjski jest dużo łatwiejszy(mniejsza z tym, czy tak jest rzeczywiście), a przez to przyjaźniejszy dla ucznia itd. Więc z dnia na dzień, zaczynacie tłumaczyć to coś od tego samego miejsca w którym skończyliście wcześniej, tyle że po rosyjsku. A uczeń, choć rozumie wiele, to jednak robi podstawowe błędy! Ale to nie znaczy, że rosyjsku jest gorszy, znaczy tylko tyle, że jeśli chcecie uczyć po rosyjsku, to musicie wrócić do podstaw. Z końmi jest podobnie. Są różne drogi, różne “języki”, którymi dochodzimy do tego samego – samoniesienia, czyli w naszym przykładzie – zrozumienia danego działu fizyki. Oczywiście te różne języki są podobne, jak rosyjski i polski w moim porównaniu, jednak jest wiele słów, które są kompletnie różne. Koń, które całe życie chodził na wędzidle, jeżdżony poprawnie(co jest bardzo trudne!), nie będzie rozumiał, dlaczego nagle nie ma wędzidła, trzeba mu to dopiero wytłumaczyć! Jeśli nagle zaczniemy uczyć po rosyjsku, a nie po polsku, to jeden załapie, ale inny się zgubi i w końcu nie będzie rozumiał już z tego nic. Będzie sfrustrowany, gdy będziemy do niego mówić po rosyjsku i będzie błyszczał dopiero, gdy na chwilę zaczniecie mówić spowrotem po polsku. Podejrzewam, że to miało miejsce w przypadku o którym mówiła Carmi, w którymś z poprzednich komentarzy – koń nie był w stanie “przestawić się z polskiego na rosyjski, bo nikt mu nie wytłumaczył, jak się mówi po rosyjsku”. Język wędzidła, kantara, cordeo – one są bardzo podobne, ale musimy koniowi to wytłumaczyć. To różne drogi do osiągnięcia tego samego. Która z nich jest najlepsza? To pytanie pozostawę bez odpowiedzi. Bo każda ma wady i zalety. Na przykład prawidłowa jazda na wędzidle jest bardzo trudna, szczególnie jeśli koń bardzo(za bardzo) chętnie idzie na przód. Tak trudna, że niewiele prawidłowo używa wędzidła. Dlatego wiele osób jest przeciwnikami wędzidła. I dlatego ja osobiście wolę jeździć bez wędzidła. Czasami może jest to trudniejsze, ale przynajmniej mam pewność, że po drodze nie popełnię takiego błędu, jak nadmierne działanie wędzidłem i przez to sprawianie koniowi bólu.
    I tak dochodzę do końca tego bardzo długiego wypracowania. Mam nadzieję, że wyjaśnia on powody tych wszystkich nieporozumień między jedną stroną a drugą, a także problemy przy przejściach z jednego na drugie. To są takie moje przemyślenia, podparte tym co widziałam, słyszałam i czytałam, zarówno praktyką jak i teorią.
    Jeszcze trochę i jak zbierzemy to wszystko o czym mówimy w jedną całość, to powstanie niezła książka :D
    Pozdrawiam, Alvasenaie

    Odpowiedz
  • werka

    Szkoda,że nie jednak nie jedziesz do Sopotu,ponieważ miałam zamiar pojechać Cię zobaczyć no ale trudno,nie warto narażać Smoka na jakąś jeszcze inna kontuzje :/
    Okazało się też,że mój trener jedzie do Spotu :)

    Odpowiedz
  • Alvasenaie

    Gosiu, dopiero teraz przeczytałam Twój ostatni komentarz pod “Znowu w formie”. Ostatnio jest tu taki ruch, że czasami trudno się połapać :D. Cieszę się że zainteresowałaś się naturalem i spróbowałaś join-up. Wiem, że kompletny natural byłby trudny ze względu na zawody, ale mimo to cieszę się tym. Nie potępiam zawodów, tak długo jak wszystko robione jest z troską o konia i tak długo, jak to koń i nasza więź z nim jest priorytetem. Wtedy zawody stają się środkiem do celu, punktem po drodze. I tak być powinno. Każdy krok w stronę porozumienia z naszym koniem, to dobry krok.
    Bardzo się cieszę również, że rozważysz sprawę skośnika. Przy okazaji spróbuję dokładniej wyjaśnić dlaczego uważam, że powinno się jeździć bez niego. Jeśli obejrzałaś filmik o którym mówiłyśmy, wiesz już, jak działa i czemu skośnik służy. Uniemożliwia koniowi otwieranie pyska, podczas gdy jeśli koń chce go otworzyć, to oznacza, że coś jest nie tak. A skośnik(szczególnie mocno zapięty) uniemożliwia koniowi obronę przed bólem, nie likwidując go, jednocześnie stwarza pozory, że wszystko jest ok. Jeśli koń prawidłowo przyjmuje wędzidło, nie będzie otwierał pyska i bronił się przed nim. Wrażenie, że mamy lepszą kontrolę ze skośnikiem powstaje właśnie stąd, że koń nie może obronić się przed bólem i uciec przed nim szczęką. Jeżeli koń otwiera pysk, to dlatego że odczuwa ból. Zazwyczaj jest to spowodowane złym działaniem ręki jeźdźca, ale może być też spowodowane ostrymi zębami, wilczakami, niedopasowanym wędzidłem(np. zbyt grubym). Może być to spotęgowane specyficzną budową anatomiczną pyska(np. przez zbyt szeroki język). Tak więc luzując, albo najlepiej zdejmując skośnik i zapinając nachrapnik na dwa palce(czyli tak jak powinno być), możemy zobaczyć jak koń odczuwa nasze działanie wędzidłem. Jeśli koń niesie wędzidło w pysku, nie otwierając go, nawet przy przejściach, w galopie i skokach – to możemy sobie pogratulować. I tego Wam życzę.
    A wracając do tematu, to robienie join up bynajmniej głupie nie jest :) Polecam również siedem gier, a także masaż TTouch – buduje więź, a na pewno nie zaszkodzi koniowi po treningu i pomoże rozluźnić i odprężyć mięśnie. Poza tym,, jak już wspomniałam wcześniej, myślę, że natural nie neguje sportu. Wspomniałam już wcześniej o Pawle Jachymku i Wichrze, którzy na Cavaliadzie zademonstrowali swoją więź, między innymi przejeżdżając(a nie przeskakując) przez “mur”(przeszkodę skokową) bez ogłowia. Ładny pokaz zaufania. A na codzień startują w zawodach skokowych. Myślę, że natural i zaciśnięcie więzi z koniem, ułatwi nawiązywanie współpracy. Poza tym więź zaufania jaka się przy tym tworzy, na pewno pomoże w jeździe, również na zawodach, szczególnie przy pokonywaniu crossu i skokach, gdzie czasami koń widzi coś nowego, albo dziwnego. Jeśli koń Ci ufa, dużo łatwiej będzie go przekonać, że coś nie jest straszne. Oczywiście trzeba wiedzieć co się robi i jak, również w naturalu. To zazwyczaj nie jest trudne, jeśli tylko zrozumiemy psychikę konia. Mimo to polecam obejrzenie choćby na youtube kilku filmików z różnych ćwiczeń, wtedy dużo łatwiej zrozumieć o co chodzi. Przy tym tak długo jak działamy z łagodnością i kończymy każde ćwiczenie pozytywnie, nie zrobimy żadnej krzywdy koniowi(widziałam, że takie obawy pojawiały się w komentarzech kiedyś, choć dotyczyło to bardziej sztuczek, niż samego naturala).
    Życzę Wam powodzenia na tej drodze do porozumienia z Sojuzem, mam nadzieję, że stworzycie zgraną parę, która będzie cieszyć nie tylko oczy, ale i serca. Bo tak właśnie jest, kiedy widzi się parę konia i jeźdźca, którzy się świetnie dogadują, niemal bez słów.
    Alvasenaie

    Odpowiedz
  • Marla

    mam takie małe pytanko do Alvasenaie gdzie jeżdzisz???

    Odpowiedz
  • Marla

    To masz farta ja się musze męczyć w rekreacji , ale cóż takie życie.

    Odpowiedz
    • Nika

      Rekreacja też jest fajna ;) Ja też rekreacyjnie :)
      Ale w sumie to przecież i tak jazda konna, a zawody typu Hubertus czasem się trafią.

      Odpowiedz
  • Ciekawa

    Czytam ten twój wpis i przeczytałam wcześniejsze. I zastanawia mnie fakt że piszesz że hala ciasna ,a wcześniej pisałaś że jakaś dziewczyna przeszkadzała ci w treningu bo skacze 155cm ,( to jakieś ogromne przeszkody ) wcześniej pisałaś że skacze 140 cm .To ja czegoś tu nie rozumiem ,ona ma mniejszego konia a skacze tak wysoko na halli ? czy jej konie są zdrowe ,a może ona dopiero przyszła i jeszcze nie zdążyły odniść kontuzji . A czy ona też trenuije z tą twoją trenerką .? Chyba że ona skacze jedną przeszkodę a ty skaczesz szeregi i robisz ciasne najazdy .Ty napisałaś że skaczesz do 125cm ,a ona jakieś wielgachne przeszkody i co jej koniowi to nie przeszkadza ? może młodszy i jeszcze nie zmęczony sportem . .Ciekawe ?

    Odpowiedz
    • zebrazklasa

      Ona zawsze skacze pojedyncze przeszkody, albo więcej, ale na środku hali. Smok jest duży i rozciągły, to trener mi często ustawia szeregi żeby się skrócił, przez co mam ciasne zakręty.

      Odpowiedz
  • Marla

    to zależy no bo jednak gdy ktoś już dobrze jeżdzi a chce się nauczyć czegoś więcej to bez własnego konia nie ma takiej możliwości a poza tym posiadanie własnego konia to piękna rzecz
    :)

    Odpowiedz
  • Marla

    trzeba się cieszyć że ma się szanse na jaką kolwiek jazde. :)

    Odpowiedz
  • horserka85

    Gosiu, mam do Ciebie pytanko, czy taki natural, prawdziwy natural przeprowadzałaś ze Smokiem? Z Rysiem też? :)

    Odpowiedz

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.