MPMJ Facimiech- jeszcze dużo pracy…

Jak to zwykle ja gdy przyjeżdżam na zawody, muszę jak najszybciej obejrzeć kros, by wiedzieć z czym będę musiała się zmierzyć. Tak więc oczywiście obchodzenie trasy zaczęliśmy od trudniejszego i ważniejszego zadania czyli od 2*. Tak jak już zapewne widzieliście na zdjęciach lub na żywo trasa crossu ustawiona była dwóch ogromnych łąkach przedzielonych wałem. Po lewej stronie (bliżej Wisły) gdzie zaczynał się kros, znajdowały się głównie pojedyncze przeszkody na dystans i jedna trudniejsza kombinacja z coffinem zakończonym wąskim frontem.

 

 

Tymczasem po prawej stronie, w drugiej części krosu zaczynały się prawdziwe wyzwania, w tym między innymi dwie kombinacje wodne. Pierwsza złożona była z trzech członów (stacjonaty na górce, wąskiej hyrdy i kornera) i trochę przypominała ostatnia kombinację wodną z ME w Millstreet gdzie również pomiędzy skokami trzeba było wjeżdżać i wyjeżdżać z wody. Druga przejeżdżała w poprzek kompleksu wodnego i tym razem złożona była z czterech członów (stacjonaty na wskoku do wody, stacjonaty w środku, bankietu i wąskiego frontu) i tutaj już przy samym przechodzeniu trasy mieliśmy problemy z ustaleniem dystansu. Ogólnie wszystkie kombinacje po “wodnej” stronie wału były ustawione dość ciasno, co jak wiadomo dla mojego dużego konia o długiej fouli byłoby dość trudne. W związku z tym podczas ustalania sposobu pokonania tej kombinacji mieliśmy niemałą zagwozdkę. Ostatecznie ustaliliśmy, że spróbujemy ją pojechać na bardzo krótkie cztery i cztery foule (na 17 i 18 metrach czyli dosłownie odległościach parkourowych) żeby wyrobić się teoretycznie z jedna foulą od bankietu do wąskiego gdzie było zaledwie 4/4,5 metra. Takie było założenie…

 

 

 

Przy okazji obejrzeliśmy sobie od razu krosik P-tkowy, który w kontraście do 2* powinien być miłą i przyjemną odmianą… Muszę przyznać, że gdy go zobaczyłam po raz pierwszy w cale taki nie był… Głównym problem w ocenie trudności tej trasy był fakt, że tak samo jak za pierwszym razem w Sopocie zupełnie nie wiedzieliśmy czego mamy się po Sagenhafcie spodziewać. Z jednej strony na ostatnich i jedynych zawodach w których na nim startowałam bał się dosłownie wszystkiego, zarówno przeszkód jak i całego otoczenia, w związku z czym nie miałam kontroli ani nad prędkością, ani nad kierunkiem jazdy… Tymczasem u nas w domu ostatnie treningi krosowe z p. Jakobsem były genialne, bo koniś zaczynał się słuchać, reagować na moje pomoce, no i przede wszystkim bardziej mi ufać jako swojemu przewodnikowi. Tak więc de facto podczas samego przechodzenia trasy w Facimiechu nie mogliśmy za dużo ustalić. W sumie wydaje mi się, że najbardziej obawiałam się nie kombinacji, czy terenu, ale samych przeszkód, które chyba jak zawsze w Facimiechu były mega kolorowe. Co jedna to inna! I najgorsze było to że nie miałam pojęcia, którego Szymona będę miała pod sobą następnego dnia, tego z treningów, który nawet nie mrugnął by na nie okiem czy tego z zawodów, czyli absolutnego panikarza…

 

 

Przyszła sobota- dzień krosowych wrażeń. Po raz kolejny konkursy rozpoczynały się od klasy P tak więc tuż po karmieniu koni jeszcze raz przejszłam cross i potem od razu na koń. Podczas rozprężenia Sagenhaft zachowywał się bardzo fajnie, reagował był uważny i nawet udawało mi się go skupić na sobie na tyle, aby mniej reagował na inne konie. Lecz z tego co pamiętam w Sopocie podczas rozgrzewki tez wszystko było ok… W końcu nadszedł czas startu. Wjeżdżamy do startboksu, zaczyna się odliczanie i… start! Pierwsza przeszkoda- wszystko ok (a nawet lepiej bo wreszcie udało mi się trafić z odległością! :D),drugą i trzecią wciąż jechałam dość niepewnie czekając czy kucyk wybuchnie czy nie, ale oprócz małego zawahania przy zjeździe z górki i zobaczeniu rzeki w tle wszystko było wciąż dobrze.

 

 

Tak więc po pierwszej kombinacji z numerem 4a,b, którą przejechaliśmy bez większych problemów, w końcu nabrałam trochę więcej pewności i zaczęłam odważniej galopować. I tak po przejeździe przez wał wszystko szło już jak z płatka. Kucyś nie spojrzał się na żadną przeszkodę (jedynie przy pierwszym wskoku do wody trochę odjechał mi na prawo, ale to bardziej od widowni stojącej na górce). Ani muchomorki, ani stół piknikowy nie wzbudziły w nim żadnego strachu :D Szedł jak burza, ale pod kontrolą. I o to chodzi! :D

 

 

I tak po dobrym rozpoczęciu dnia przyszedł czas na kolejne wyzwanie. Na tym filmie możecie zobaczyć jak długo rozpracowywaliśmy strategię pokonania tej poczwórnej kombinacji wodnej:

 

 

Przechodząc do przejazdu, to tak jak pisałam wcześniej podzielę ten kros na dwie części, czyli dwie strony wału. Pierwsza z nich to część w której wszystko był ok, a druga to część w której prawie nic nie było ok. Zaczynając od tej lepszej… Kucyk szedł bardzo pewnie, wreszcie czuć była tą dawną energię, która gdzieś nam się zatraciła od startu w Sopocie. Wszystkie kombinacje pokonane bezbłędnie i to do tego w mojej skali. Czyli dystanse ok, koń reaktywny, wcześniej przygotowany, galop krótki ale zmagazynowany, a w dystansach dzida. I o to chodzi! Przy przejeździe przez wał byłam nawet przed normą i… to by było na tyle dobrego.

W sumie nie wiem nawet dlaczego, ale po drugiej stronie wału miałam innego konia pod sobą. Może rozproszyła go widownia, może poczuł wiatr we włosach i dał się ponieść, a może ja się jakoś zestresowałam czy spięłam i on tak na to zareagował… Nie wiem… Ale wiem to, że po przeszkodzie do górki zamiast dwóch półparad, które wystarczyły do skrócenia tego konia w pierwszej (tej dobrej) części krosu, teraz próbowałam to osiągnąć przez dokładnie 14 fouli i i tak bez skutku. A jak to się mówi “jak wjedziesz w kombinację tak masz”… Zamiast zmagazynowanego, krótkiego galopu, miałam długi z zaparty tak więc oczywiście dystans do pierwszego członu zupełnie nie pasował, a potem to de facto starałam się tylko wcelować w przeszkody. Sama przyznaję że nie do końca umiałam zareagować na tą sytuację, inna od zamierzonej i trochę zostawiłam Czarka żeby radził sobie sam. Tym razem sobie poradził, ale przy następnej kombinacji wodnej już mu się to nie udało. Częściowo w wyniku lekkiego nieporozumienia z moim trenerem, częściowo dlatego, że nie do końca byłam w stanie to zrobić, a jeszcze dodatkowo nie wiedziałam jak straszliwie ciasne dla mojego konia byłoby zrobienie 4 fouli na dystansie 17 metrów, w pierwszym dystansie wyszły mi trzy i cały plan się posypał… Tym razem również z mojej strony absolutny brak reakcji… Można by było konia shaltować i wcisnąć jakoś te cztery, można by nawet jechać na te trzy, ale pewnie, prowadząc konia na pomocach. Ale jakoś nie wyszło… Więc ostatecznie Małgorzatka siedziała na tym koniu jak gdyby był to jej pierwszy raz w życiu, przez co wyszło 3,5 fouli, duży skok na bankiet i absolutnie za mało miejsca na zrobienie jakiejkolwiek fouli czy naskoku. Koń trochę w prawo, ja korekta na lewo (wtedy się obudziłam…) i wyłamanie na lewo, a w mojej głowie tylko jedna myśl “a to interesujące…”.

 

 

To się nazywa proszę państwa, ZIMNY PRYSZNIC! Szczerze mówiąc nawet nie do końca brałam pod uwagę jakąkolwiek opcję wyłamania, gdy przechodziłam ten kros po raz ostatni… Jak to mówiła moja była trenerka ujeżdżniowa p. Gosia: pokora i jeszcze raz pokora… CDN

 

PS. Bardzo dziękuje mojej mamie za poświęcenie i zaangażowanie w kręceniu filmów z mojego krosu, kiedy to musiała sprintem biegać po całej trasie żeby uchwycić jak najwięcej <3

Komentarze

4

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.