Nowy start – WRSF

Witam wszystkich serdecznie :D Od ostatniego prawdziwego wpisu minęło okropnie dużo czasu bo prawie dokładnie miesiąc, ale mi ten czas upłynął o mega szybko i wciąż nie mogę uwierzyć, że w Niemczech jestem już dwa tygodnie :O Oczywiście jak zawsze w nowym miejscu, a dodatkowo w innym kraju początki nie są łatwe, ale przynajmniej mam Wam całkiem sporo do opowiedzenia :)

Zaczynając od początku małe przypomnienie dla zapominalskich. Od dwóch tygodni mieszkam, pracuję i uczę się w Niemczech, a dokładniej w Westwalische Fahr- und Reitschule w Munster. Jestem tzw. ausbuilderem, czyli jednocześnie pracuję spełniając wszystkie funkcje stajennego (sprzątanie w boksach, wyprowadzanie koni na padok, uzupełnianie zapasów jedzenia) i w przyszłości będę jeszcze dodatkowo trenować dzieci, w zamian za co mam możliwość jeżdżenia na tutejszych koniach, chodzenia do szkoły która ma mnie przygotować teoretycznie, no i oczywiście dostaję nie-najgorszą pensję. Po dwóch latach spędzonych tutaj moja edukacja zakończy się egzaminem sprawdzającym zarówno umiejętności jeździeckie, wiedzę teoretyczną na temat funkcjonowania ośrodka itd. a także sposób i jakość trenowania. Jeżeli uda mi się go zdać to dostane oficjalne uprawnienia i niemiecki tytuł Ridera, co z kolei otwiera bardzo dużo możliwość i świadczy o konkretnym poziomie umiejętności… Dodatkowo będąc w szkole mam możliwość zrobienia kursów i uprawnień trenerskich, które są uznawane na całym świecie.

 

 

Tak więc zaczynając od początku… Po ogromnie długim okresie przygotowań, który jak to zwykle ze mną punkt kulminacyjny osiągnął w wieczór przed wyjazdem wreszcie wyruszyliśmy do Munster. Razem z mamą miałyśmy do przejechania ponad tysiąc kilometrów co pewnie na doświadczonych kierowcach koniowozów nie wydaje się takie straszne jednak dla mnie szczególnie, że jechałyśmy dwoma samochodami więc nie było opcji zamiany, było to dużym wyzwaniem. Na szczęście podróż choć długa bo 12h to przynajmniej okazała się dość spokojna, bez utrudnień pogodowych czy dużych korków, ale też w moim przypadku bez klimatyzacji, a akurat tego dnia musiało być na dworze pod 30 stopni… :P

 

 

Zdecydowanym plusem tego, że opisuję mój pobyt tutaj dopiero dwa tygodnie po przyjeździe jest jego względny obiektywizm. Kilka pierwszych dni zajęło mi żeby otrząsnąć się z ogólnego zachwytu i ogromnej ekscytacji spowodowanej tym nowym miejscem, co pewnie zrozumiecie widząc poniższe zdjęcia…

 

 

 

Od oczątku nie było taryfy ulgowej – już następnego dnia po przyjeździe zaczęłam normalną pracę, ale na szczęście zostałam bardzo dobrze przyjęta przez współpracowników, którzy zarówno pokazali mi wszystko co mam zrobić, ale też bez problemu znosili moje lekkie panoszenie się :P.

Jednym z naszych głównych obowiązków jest zapewnianie każdemu koniowi (a jest ich ponad 60) kilku godzin spędzonych na świeżym powietrzu, dlatego spodziewam się że najbardziej irytujące mogły być moje ciągłe pytania co to za koń którego sprowadziłam i gdzie stoi. Z resztą dopiero teraz po dwóch tygodniach pracy zaczynam się w nich orientować :P Kolejną rzeczą z którą dopiero teraz udało mi się uporać jest punktualność… Szczególny problem miałam z godziną 6.30 o której musiałam już być w głównej stajni zwarta i gotowa do pracy, z nakarmionym moim koniem w innej. Oczywiście jeśli człowiek zwleka się z łóżka o godzi nie 6.15 jest to trochę trudne żeby się ze wszystkim wyrobić, dlatego przez pierwszy tydzień zawsze przychodziłam kilka minut spóźniona. Jak się z tym uporałam? Codziennie wstaję o 4.30… :P

 

 

Jest jeszcze jedna sprawa z którą mam duży problem i raczej nie wydaje mi się żeby można było ją tak łatwo rozwiązać jak kwestię punktualności, a mianowicie obowiązujące tutaj zasady i reguły (ściśle przestrzegane), o których cały czas dowiaduję się od współpracowników. Nigdy bym siebie o coś takiego nie podejrzewała, ale zarzucona tymi wszystkimi zasadami zauważyłam, że odezwał się we mnie taki prawdziwy duch przekory, namawiający do postawienia się “zbędnym” regułom dla zasady…;) Oczywiście musiałam stłumić go w zarodku, ale był czas kiedy na prawdę nie dawało mi to spokoju. Szczególnie, że części z tych zasad wciąż nie do końca rozumiem… Jak się dowiedziałam szkoła jest miejscem publicznym, postrzeganym jako wzorcowa stajnia. Każdy może tutaj wejść pooglądać sobie, a my musimy być przykładem, a jeśli zostałoby przez kogoś przyłapane złamanie ogólnych zasad szkoła mogłaby mieć z tego powodu problemy szczególnie w kwestii dofinansowań. Stąd wynikają takie zasady jak to, że nawet na treningach można jeździć wyłącznie na dozwolonych w zawodach wędzidłach. Nie, że od razu chciałabym wkładać do pyska konia drut kolczasty, ale możliwość jakiegokolwiek manewru poza zwykłym podwójnie i pojedynczo łamanym (szczególnie, że nie uważam ich za najlepsze wędzidła) byłaby miła.

Kolejna reguła: kategorycznie zabrania się jeżdżenia na oklep (chyba, że ze specjalną zgodą), a bez ogłowia czyli na cordeo nawet stępowanie po treningu jest całkowitą abstrakcją. Jak sami widzicie cała zabawa jest zabroniona :P. Do tego dochodzą kwestie bezpieczeństwa, do których oprócz oczywiście obowiązkowego jeżdżenia w kasku należą też zasady typu obowiązkowe noszenie rękawiczek przy chodzeniu z koniem na uwiązie. Przy wyprowadzaniu koni co najmniej 6 razy na dobę, na prawdę ciężko jest zawsze pamiętać o zabraniu rękawiczek, dlatego teraz już nosze je przy sobie cały czas.

Kolejna reguła: zawsze, nie ważne jaka pogoda, musimy pracować w długich spodniach. Z tymi zasadami jeszcze mogę się jakoś pogodzić, ale dochodzi jeszcze kilka jak dla mnie jak na razie niezrozumiałych. Np. fakt, że nie można nawet po treningu podczas stępowania wyjmować nóg ze strzemion chyba, że za pozwoleniem. No i jeszcze jedna zasada która dodatkowo dość mocno utrudnia pracę z koniem sportowym, a mianowicie zakaz skakania bez umówionego treningu z jednym z tutejszych trenerów. I to nawet nie byłoby takie złe gdyby nie fakt, że pod hasło skoki podciągnięte są jakiekolwiek drągi które nie dotykają ziemi, czyli cavalletki również… Duże utrudnienie, ponieważ trenerzy nie zawsze mają czas, a żeby samemu poskakać trzeba umówić się z sąsiadującym ośrodkiem na konkretną godzinę itd. Tak więc jak sami widzicie chociażby po wielkości tego akapitu był to dla mnie całkiem duży problem do przełknięcia :P

 

 

Nie ma to jak na początku trochę ponarzekać, od razu człowiekowi lepiej :P Oprócz tych kilku kwestii to jest tutaj całkiem przyjemnie. Przede wszystkich zazwyczaj panuje tutaj bardzo dobra, atmosfera i wydaje się, że cały zespół bardzo dobrze się zna i jest zgrany. Oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy dostaje się sprzeczne wytyczne od różnych osób, ale to raczej rzadkość.

Pracujący studenci mają ściśle określony plan zajęć. W dni pracujące od 6.30 (punktualnie!) jest karmienie koni. O 7.30 wspólne śniadanie gdzie ustalany jest plan dnia dla każdego z nas, potem najczęściej jeździmy szkolne konie. Od 12.00-14.00 przerwa na lunch i ewentualne własne zajęcia. Od 14.00-17.30 zajęcia w stajni (głównie sprzątanie stajni), lub w szkole (wszelkie stawianie parkurów, podlewanie, koszenie trawy). Uwaga – tych prac nie można robić w odzieży jeździeckiej! :)

Co drugi weekend mam wolny (sobota i niedziela). W każdym tygodniu jeden lub dwa dni (naprzemiennie w kolejnych tygodniach) jest szkoła w mieście (9km od ośrodka w którym mieszkam i pracuję) i teoria wykładana oczywiście… po niemiecku. Co ważne – pracując tutaj podpisuję kontrakt i mam przywileje legalnego pracownika – np 22 dni urlopu w roku, ubezpieczenie zdrowotne. To akurat jest fajne.

 

 

 

Wydaje mi się, że te poranne spotkania przy śniadaniu razem, przy okazji których dowiadujemy się o całym planie dnia bardzo dużo dają. Szczególnie że przychodzą również trenerzy, a dodatkowo są bardzo otwarci i można z nimi normalnie pogadać i się pośmiać. Jeszcze tylko fajnie byłoby gdybym rozumiałam co oni tak do siebie gadają… I tutaj dochodzimy do kluczowej kwestii mojego niemieckiego. Jak na razie po dwóch tygodnia główny postęp polega na tym, że rozumiem polecenia, podstawowe pytanie dzięki czemu jestem w stanie dogadać się na tematy zawodowe z ludźmi nie znającymi angielskiego. Co prawda do płynnej rozmowy jeszcze mi daleko ale na szczęście nie muszę jeszcze prowadzić treningów więc nie powoduje to bezpośredniego utrudnienia w pracy :)

Jak widzicie na zdjęciach szkołę WRFS można rzeczywiście uznać za wzorcową pod względem infrastruktury. Jest tu kryta hala, duża stajnia na kilkadziesiąt koni, każda osoba pracująca ma swój pokój z łazienką z dostępem do kuchni. Jest też własny kros na którym podobno raz w roku rozgrywają się zawody WKKW. Można też przyjechac tu na dłuższe, lub krótsze kursy, o których dowiedzieć się można na stronie szkoły:

SZKOŁA WRFS

Na koniec wspomnę jeszcze o sytuacji z Czarusiem, która niestety aktualnie nie jest najlepsza. Mianowicie ostatnio mieliśmy duże problemy z kruchymi kopytami… Już od jakiegoś czasu było nienajlepiej, dlatego Czarek zaczął dostawać specjalne preparaty itd., ale gdy zobaczył go niemiecki kowal, stwierdził że sytuacja rzeczywiście wymaga intenrwencji. Dodatkowo oczywiście następnego dnia po okuciu Czarek musiał się tak sprytnie odwinąć żeby wyrwać sobie podkowę razem z częścią ściany kopyta, co na szczęście udało się kowalowi jakoś ogarnąć. Niestety w związku z tą graniczną sytuacją z kopytem przez najbliższe trzy tygodnie dozwolone jest tylko i wyłącznie chodzenie w ręku po twardym, i czekanie aż kopytko trochę odrośnie. Biedny koniś nawet nie może korzystać z tych wielkich trawiastych padoków, na których był tak bardzo szczęśliwy :(. No i dodatkowy efekt – musiałam odwołać zgłoszenia na zawody które miałam zaplanowane w Holandii a potem w Baborówku. Jeśli bowiem kiedykolwiek jest czas na wyprowadzenie kopyt na prostą, to jest on teraz przed kolejnym wymagającym sezonem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przynajmniej mam teraz trochę więcej czasu na naukę niemieckiego :P

Komentarze

47

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.