Przełomowy Sopot

Wyjazd na zawody w Sopocie był chyba jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie wydarzeń od nie wiadomo kiedy. Nie tylko z powodu ekscytujących zawodów, kiedy to po raz pierwszy miałam wystartować z Czarkiem na poziomie 3*, czy tez zobaczyć jak Sagenhaft sprawuje się w konkurencji WKKW… Przede wszystkim chciałam wreszcie zobaczyć moich najbliższych podczas wielkiego zjazdu rodzinnego jak również zasmakować jeszcze raz dawnego życia Gdańszczanki razem z moimi przyjaciółmi! Czyli inaczej, powrót na stare śmieci <3

 

 

Jako, że chciałam spędzić w Sopocie jak najwięcej czasu, specjalnie poprosiłam szefa żebym mogła wyjechać już we wtorek rano tak, aby móc nacieszyć się wolnością jeszcze przez dwa dni przed rozpoczęciem zawodów. Oczywiście było to również uzasadnione dobrobytem koni, jako że po ponad 13 godzinach stania w koniowozie należało im się więcej czasu na odpoczynek i regenerację.

Tak więc pierwsze dwa dni pobytu na Hipodromie upłynęły nam pod znakiem relaksacyjnych treningów lub lonżowania, spacerków na trawce i okropnie irytujących swoją nieprzewidywalnością przelotnych opadów. Miałam zaplanowane mnóstwo różnych rzeczy – słynne SPA dla koni Pani Anetki, która jak się okazał w przeddzień złamała nogę, co powstrzymało ją od pracy dosłownie kiladziesiąt godzin… ;) Chciałam skorzystać z pomocy fizjoterapeutki na moje umęczone w siodle kości, ale to się nie udało. Udał się jeden masaż tajski, gdy oryginalna Azjatka usiłowała mnie wymasować, ale dopiero gdy fizycznie weszła na mnie nogami poczułam różnicę… :D No i przede wszystkich chciałam się spotkać z trenerami a głównie z dawno nie widzianą Panią Gosią której mi bardzo brak…

 

 

Poza tym całe wieczory przegadałam z dziewczynami, odwiedziłyśmy kino i było genialnie, co od razu przyznam, strasznie utrudniło mi powrót do szkoły w Niemczech…

 

 

Dopiero w czwartek po południu zaczęło się jakieś prawdziwe trenowanie, kiedy to przyjechał mój trener Pan Piotr Kulikowski. Obydwie jazdy były całkiem udane, cieszyło mnie, że Cezary był bardzo energiczny i wesoły dosłownie tak jakby cieszył się na powrót do domu. :D Z kolei odnośnie Sagenhafta dużym sukcesem było to, że pomimo nowego miejsca, wielkiej pustej przestrzeni i dużego chaosu na ogół był bardzo spokojny, a nawet można powiedzieć że udawało się go rozluźnić i zrelaksować ;)

Zarówno CNC P jak i CIC3* zaczynały się w piątek, z czego jak zawsze 3* tylko ujeżdżeniem, a klasa P miała dodatkowo skoki od razu po skończeniu czworoboku.

Odnośnie czworoboku w krajowej Ptce muszę przyznać, że po raz kolejny uratowała mnie czujność mojej mamy, ponieważ na dwa dni przed rozpoczęciem zawodów wypatrzyła w propozycjach, że w klasie P nie mieliśmy jechać jak zawsze programu 1*A z 2009 roku, lecz nowy program przeznaczony dla klasy Intermediate. Gdyby nie to, Małgorzata wyjechałaby na czworobok i nieco się zdziwiła co ludzie jadą… Różnica między programami była dość znaczna, co na szczęście działało na moja korzyść, ponieważ w nowej wersji zamiast najtrudniejszych elementów, którymi były zatrzymanie i cofanie oraz kontrgalopy, które to jeszcze nie zawsze mi z Szymonem dobrze wychodzą, wprowadzono ustępowania, nad którymi z kolei już jakiś czas pracowaliśmy.

 

 

W czwartek startowaliśmy jako pierwsi z Sagenhaftem. Razem z pomocą moich fantastycznych luzaków udało się wyczyścić i przygotować Siwego bez mojego zbyt dużego udziału (za to i wiele więcej jeszcze raz ogromnie dziękuje :*) jako, że ja w tym czasie latałam po crossie 3*.

Odnośnie samego czworoboku to wydaje mi się, że jak na pierwsze zawody i tak spisaliśmy się bardzo dobrze. Co prawda Szymonek się trochę podekscytował i spiął po wjeździe, ale na szczęście ja byłam niespotykanie świadoma i aktywna tak więc udało mi się to trochę przepracować i zatuszować. Przede wszystkim postanowiłam zrezygnować z większego i bardziej aktywnego tempa, w którym można by dobrze pokazać ruch Szymona, ponieważ w jego ówczesnym stanie spowodowałoby to tylko i wyłącznie większe usztywnienie. Tak więc jechałam sobie dość spokojnie, ale za to starałam się bardziej skupić na rozluźnianiu go przez wygięcia. Odnośnie detali to na pewno mogłabym znacznie bardzie pokazać dodania zarówno w kłusie jak i w galopie, ale trzeba było wyważyć trochę ryzyko utarty balansu i usztywnienia, no i też ustępowania można było pojechać lepiej, lecz biorąc pod uwagę fakt że ustępowań od lewej łydki uczyłam konia poprzedniego dnia to i tak było ok ;) Ostatecznie zostaliśmy ocenieni na 66 i coś procent, czyli 33,6 punktu karnego i naszym calem było utrzymać ten wynik podczas skoków.

 

 

Rozgrzewka do skoków przebiegła bez większych problemów. Na początku trochę obawiałam się że Szymek będzie się dziwnie zachowywał skacząc na trawie, jako że jeszcze nigdy tego nie robiliśmy, ale na szczęście nie robiło mu to zbyt dużej różnicy.

 

 

Tak jak na rozprężalni Shaggi skakał bez zawahań, tak, gdy objeżdżaliśmy przeszkody na parkurze cała pewność go opuściła… Patrzył się dosłownie na każda przeszkodę, przez co ja musiałam zacząć dawać mu jeszcze większe wsparcie, ale z drugiej strony miało tez pozytywny efekt, a mianowicie kucyk był mega uważny. Trzeba przyznać że właśnie to uratowało nas od zrzutek przeszkodach 3 i 4 kiedy to Szymek zrobił swój popisowy ruch, czyli nie wiadomo dlaczego postanowił dodać poł fouli ( a w przypadku numeru 4 to chyba 1/4 fouli :P), w efekcie czego skakał prawie z miejsca… Ostatecznie udało nam się przejęć na 0 i nawet pomimo faktu, że p. Piotr ocenił ten przejazd niezbyt dobrze to porównując go do ostatniego skokowego treningu, zrobiliśmy i tak duże postępy, bo trzeba pamiętać, że przez leczenie mieliśmy niewiele czasu na prawdziwe treningi :D

 

 

Przechodząc wreszcie do najważniejszego startu – czyli ujeżdżenia w pierwszych 3* na Czarku – był on jedną wielką niespodzianką. Po pierwsze samo ujeżdżenie zaczynał się po południu, więc zdążyliśmy mieć jeszcze rano trening, kiedy to Czaruś chodził bardzo dobrze (jak to on…). Jednak, gdy tylko wsiadłam na niego na rozprężalni przed startem od razu wydawał się dziwny, ospały, nie reagował do końca na pomoce, ogólnie jak bym siedziała na innym koniu. W związku z tym byłam dość zagubiona, bo nie wiedziałam jak na nim pracować. W związku z tym zamiast przygotowywać się do czworoboku próbowałam rozkminić jak doprowadzić go porządku. Nie do końca to się udało, dlatego gdy objeżdżałam czworobok tuż przed startem i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Moje odczucia odnośnie tego przejazdu nie były za dobre. Byłam bardziej zestresowana niż zwykle, dlatego nie do końca myślałam, nie byłam świadoma tego co robię i na pewno nie byłam wystarczająco skupiona. Tak, więc nie byłam w stanie do końca przygotować wszystkich elementów, siebie i konia i de facto cała pierwsza część kłusa przeleciała mi strasznie szybko i miałam wrażenie, że same elementy nie były wykonane do końca jakościowo. Po drugie nie do końca wiem dlaczego strasznie ciężko mi się siedziało w siodle, nie mogłam wysiedzieć kłusa, przez co w wyciągniętym nie byłam w stanie rzeczywiście go pokazać. Po trzecie, jako że ja byłam usztywniona w siodle to i koń się usztywnił, tak więc podsumowując uczucie nie było cudowne i tak też to określiłam bezpośrednio po zjeździe z czworoboku do Trenera. To co można powiedzieć dobrego o Czarku tego dnia, to że nie wariował, co daje nadzieję że w wieku 9 lat zaczyna dojrzewać… ;)

Okazało się, że dostałam prezent, bo sędziowie ocenili nasz czworobok bardzo dobrze! Tak to właśnie jest, że czasami uczucie zawodnika z czworoboku jest bdb, a okazuje się, że nie wygląda to tak dobrze i ocena sędziów jest niezadowalająca. U mnie najczęściej jest zupełnie odwrotnie :)

 

 

W następnym wpisie będzie o zupełnie wyjątkowych krosach z Sopotu i skokach 3*. Tymczasem lecę kąpać się z Czarkiem w rzece :)))

Komentarze

31

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.