Relacja z Mistrzostw Europy w Millstreet

Dzień dobry wszystkim 😁 Po powrocie z Irlandii dużo się działo (np. wyprowadzka z mieszkania w Gdańsku) i nadal dzieje, bo właśnie jestem na Woodstocku i siedzę przy budce z prądem, która z każdej strony oblężona jest przez tłum, ale stwierdziłam, że wreszcie należałoby zdać porządną relację z wyjazdu na Mistrzostwa Europy 🙂

 

 

Ogólnie rzecz biorąc wspominam te zawody bardzo dobrze i nawet podróż z Polski do Irlandii mimo, że taka długa i męcząca, upłynęła mi całkiem przyjemnie. Głównie zawdzięczam to świetnemu towarzystwu, z którym spędziłam te trzy dni razem w jednym busie, za co bardzo dziękuję! 😘 Jeśli ktoś by się pytał jak Millstreet wypada w porównaniu do ME w poprzednim roku w Montelibretti, to w pewnych kwestiach lepiej w innych gorzej.

Przede wszystkim – co o dziwo rzuca się jako pierwsze w oczy – to sam ośrodek i miejsce w którym się znajdowaliśmy. W tej kwestii, mimo że Montelibretti również było pięknym miejscem, to Millstreet bije Włochy na głowę! Sama Irlandia jest ogromnie urokliwym miejscem rodem z Władcy Pierścieni… 😋 Na prawdę zielona wyspa jest mega trafną nazwą, a dodatkowo trafiliśmy na nie najgorszą pogodę bo padało tylko przez jeden dzień. No i oczywiście sam ośrodek… Szczerze mówiąc nie widziałam jeszcze nigdy tylu placów treningowych naraz!

 

 

No i oczywiście muszę też wspomnieć o arenie głównej, która pomimo, że otoczona widowniami i namiotami i flagami, wciąż była bardzo spokojna i przyjazna dla koni. Znajdował się tam jeden czworobok więc przestrzeń pomiędzy czworobokiem a kibicami była bardzo duża, a dodatkowo tak jak widzieliście podczas familiaryzacji pozwolono nam jeździć na placu, co zdecydowanie pomagało oswoić konie z terenem.

 

 

No i na koniec ten cross…!!! Kilka razy próbowałam zrobić transmisję online, żeby pokazać Wam jak trasa wygląda, ale niestety połączenie internetowe było zdecydowanie za słabe 😞 W każdym razie nie dość, że jak już wspomniałam same tereny przepiękne to jeszcze przeszkody były tak barwne i tak dopracowane, że na prawdę dech w piersi zapierało!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodatkowo ktoś wpadł na genialny pomysł żeby przypisać każdej narodowości przeszkodę z opisem relacji między tym krajem a Irlandią. Dlatego w ogóle nie dziwiłam się, że większość osób, które pytałam “jak tam cross?” nie opowiadało najpierw o trudnych przeszkodach i wymagających kombinacjach tylko mówiło że “JEST PIĘKNY!” 😛

Drugą nawet ważniejszą kwestią, o której chciałabym napisać to nastrój i zgranie naszego teamu. I tutaj mimo, że w Millstreet również było fajnie to Montelibretti jednak wspominam lepiej. Możliwe że było to spowodowane większą liczbą zawodników, a co za tym idzie również rodziców, trenerów i kibiców, a oczywiście im więcej tym trudniej zgrać. Dodatkowo wydaje mi się, że samo mieszkanie razem w cameprach na miejscu, obok stajni wymuszało wspólną integrację nie tylko w naszym teamie ale też pomiędzy różnymi narodowościami. A tak jak wszyscy zawodnicy mieszkali w hotelach, a wręcz niektóre zespoły w takich oddalonych o ponad 30 km, to wieczorami już prawie nikogo nie było. No i tutaj muszę też wspomnieć o sobotniej imprezie, podczas której w Montelibretti bawiłam się genialnie, tak w tym roku niestety skończyło się na wczesnym powrocie do pokoju… I na koniec obowiązkowo trzeba wspomnieć też o braku pewnej osoby, która w tamtym roku była nie tylko ogromnym wparciem pod względem wyników w zawodach, ale także w moim odczuciu również tym spoiwem zgrywających​ cały zespół, czyli o naszym kochanym Kubie Krefcie, który niestety z powodu kontuzji konia nie był w stanie wystartować w ME… 😞 Mam nadzieję że w przyszłym roku będziemy już razem reprezentować Polskę we Francji 😘

 

 

 

 

Fajne było zaangażowanie po stronie całego miasta w Mistrzostwa. Na rozpoczęcie zrobiono paradę kultur, wszystkie ekipy wraz z lokalnymi artystami i performeramiprzeszli ulicami miasta tworząc “Paradę Kultur”. Widać było, że jest to duże święto w tym miasteczku zamieszkałym przez zaledwie 1500 osób…

 

 

 

 

 

I oczywiście jeszcze jedną rzeczą która mocno wpłynęła na moje wrażenie po Mistrzostwach były moje starty w zawodach. Oczywiście samo to, że po raz pierwszy od trzech lat drużyna Młodych Jeźdźców ukończyła zawody, szczególnie że pojechaliśmy tam tylko we troje jest wielkim sukcesem, lecz jednak moja osobista porażka podczas crossu zaważyła na ostatecznym wrażeniu. Szczerze mówiąc bardzo ciężko było mi się pozbierać po tym crossie… Po pierwsze w końcu udało nam się z Czarkiem uzyskać dobry wynik podczas ujeżdżenia, który tak dla ciekawostki gdybym utrzymała do końca dałby nam medal, a nawet z punktami ze skoków miejsce w pierwszej 15… Po drugie świadomość, że de facto nie dało się Czarka przygotować do przeszkody z wodospadem, bo chyba istnieje taka tylko jedna , szczególnie, że sądząc po jego reakcji nie zdziwił się na widok samej przeszkody którą mieliśmy przeskoczyć tylko właśnie ściany wody obok… No i po trzecie patrząc względnie obiektywnie, świadomości, że jednak jadąc jako ostatnia z teamu wiedziałam że na tej przeszkodzie było mnóstwo problemów i wielokrotnie mi powtarzano żeby szczególnie się na niej skupić, co w moim przekonaniu zrobiłam, ale najwyraźniej niewystarczająco… Zapewne gdybym użyła mocniejszych pomocy udałoby mi się jakoś przepchnąć Chenaro na drugą stronę, ale z drugiej strony nie miałam nawet okazji żeby wyrobić w sobie taką czujność i wyuczyć natychmiastowych reakcji. W tej sprawie zgubiła nas moje za duże zaufanie wobec Czarka, ale jak sami wiecie akurat w kwestii crossu dlaczego miałabym mu nie ufać….

 

 

No więc sami widzicie, dlaczego tak trudno było mi się z tym pogodzić, mimo że reszta crossu była super i Czaruś spisywał się na medal we wszystkich kombinacjach… Przechodząc już wreszcie z tych personalnych rozważań (chociaż mogłabym jeszcze pisać i pisać) wspomnę teraz pokrótce o samych startach jako, że z fb mieliście część informacji na bieżąco.

Próbę ujeżdżenia jechałam w piątek pod wieczór, co jak dla mnie było idealnym czasem ponieważ Czaruś miał bardzo dużo czasu na regenerację po transporcie i idealnie udało nam się wstrzelić w czas kiedy nie był jeszcze nazbyt świeży co mogłoby odbić się na wyniku z czworoboku. Ogólnie na rozprężalni chodził genialnie, dlatego porównując do samego przejazdu, uważam, że można było go lepiej zaprezentować, chociaż i tak nie było źle. Większość elementów była wykonana bardzo dobrze, w pierwszej łopatce trochę straciliśmy rytm, ale to przez bardzo grząskie podłoże, które po początkowym zatrzymaniu trochę Czarka zassało. Zdecydowanie lepiej mogłam pojechać kłus wyciągnięty, ale lepiej mniej a równo niż gdyby było zachwianie rytmu albo zagalopowanie. Lekkiego psikusa zrobiliśmy w prawym kontrgalopie, kiedy to Czarek na jedną foule zmienił takt jakby do zmiany nogi, co u całego polskiego teamu a szczególnie moich trenerów prawie wywołało zawał serca 😛 No i oczywiście mega szkoda tego zagalopowania ze złej nogi kiedy to za trzy czwórki ocena spadła mi o trzy procent, ale tak czy tak 70% jak na pierwsze Mistrzostwa chyba całkiem nieźle 😊 No i oczywiście byłam bardzo dumna zarówno z Czarka jak i ze mnie, że żeśmy wytrzymali presję i chyba po raz pierwszy udało nam się przejechać czworobok 2* na zawodach bez zagalopowania w pierwszym narożniku 😛

 

Odnośnie crossu to chyba już większość wiecie 🙂 Skupiając się na dobrych rzeczach to oczywiście wspomnę jeszcze raz, że Czaruś genialnie szedł wszystkie kombinacje oprócz felernej ścianyi! Jeśli mogę się pochwalić to nawet sam Dibo po moim przejeździe podszedł do Pana Piotra i powiedział, że co prawda nie widział samego wyłamania, ale reszta była pojechana perfect… 😀 Oczywiście trochę przesadził bo np. w tej wielkiej kombinacji z hyrdą i wąskim z górki, o których mówiłam że są takie wielkie nie pasował mi dystans i Czaruś musiał się zdjąć pół fouli wcześniej, ale i tak nawet moim zdaniem jechałam z głową 😉 I tutaj też muszę podziękować mojemu trenerowi Jankowi, dzięki któremu tak genialnie przygotowaliśmy Czarka kondycyjnie że nawet pomimo 1,5 godzinnego roprężenia spowodowanego przerwami technicznymi, w siódmej minucie crossu, po trzeciej wodzie stwierdziłam że chyba muszę go bardziej gonić bo jest jakiś za świeży 😛 Tak więc ogólnie pomijając ten jeden incydent cross oceniam świetnie, a najlepszym dowodem tego jak dobrze jechaliśmy jest wrażenie, że większość przeszkód i kombinacji wydaje się na filmie taka łatwa i przyjemna do jechania 🙂

 

 

Przy okazji​ chciałabym tutaj podziękować wszystkim osobom zaangażowanym w kręcenie i montaż wszelkich filmów z przejazdów, a w szczególności za cross, którego nakręcenie wymagało zaangażowania ponad sześciu osób, które musiały cały dzień stać przy trasie crossu i wypatrywać naszych. I tu niezła historia: Okazało się, że na Mistrzostwa przyjechała z całą rodziną Ania Przysada, czytelniczka mojego bloga, która właśnie rozpoczęła przygodę z WKKW w klubie Racot. Było to niesamowite, ponieważ potrafiła przekonać mamę i tatę, żeby przyjechali na wakacje do Irlandii zamiast gdzieś nad morze na przykład :). Akurat pojawili się w Millstreet tuż przed moim startem w ujeżdżeniu i wpadli jak śliwka w kompot, ponieważ zostali natychmiast zrekrutowani do robienia filmów na starcie i końcu krosu wszystkim polskim zawodnikom. I tak zamiast się nacieszyć pięknymi widokami, spacerować i się relaksować, spędzili cały dzień przy jednej przeszkodzie wpatrzeni w mały prostokącik kamery ;). A na koniec nawet nie zrobiliśmy sobie wspólnego zdjęcia w tym zamieszaniu! Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc!!  😗

 

 

 

 

O skokach zwięźle i na temat, bo nie ma się nad czym rozpisywać 😜 Od dawna zdaję sobie sprawę, że skoki nie są moją najmocniejszą stroną i mimo, że pracujemy nad tym w przeciwieństwie do treningów jakoś na zawodach nie udaje mi się tego zaprezentować. Ogólnie w moim zdaniem nasz przejazd był bardzo słaby. Po pierwsze pierwszą część parkuru jechałam zbyt “nieśmiało” i dopiero po zrzutce trochę się obudziłam. Po drugie Czaruś straszliwie się patrzył na wszystkie te przeszkody, w sumie nie mam pojęcia dlaczego, przez co skakał z ogromnym zapasem. W związku z tym lądował bardzo blisko po przeszkodach co w przypadku długich linii nie miało zbyt dużego znaczenia, ale w szeregach powodowało, że było nam mega daleko do następnych członów. No i po trzecie muszę się przyznać, że nie byłam w stu procentach zmotywowana do dobrego przejazdu po wpadce po crossie. Wiem, że nie powinnam mieć takiego podejścia​ i że mimo wtopy na crossie powinnam tak czy tak dać z siebie wszystko, ale tak wyszło, a znając się trochę na psychologi sportowej na pewno miało to jakiś wpływ na przejazd 😞

 

 

Ostatecznie uplasowałam się na 29 miejscu z wynikiem 79.7 pkt, a drużynowo zajęliśmy 9 miejsce, co uważam za duży sukces patrząc na to że na krosie 7 drużyn z 11 straciło jednego zawodnika z drużyny przez eliminację! Chciałabym jeszcze raz pogratulować Marcelowi Dulowi i Paulinie Maciejewskiej ukończenia pierwszych Mistrzostw Europy w kategorii Młodych Jeźdźców, a w szczególności Marcelowi za ten genialny czysty cross. Jesteś moim masterem 😀

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No i jak to zwykle: mistrzostwa, mistrzostwa i po… Tak jak się spodziewałam minęło bardzo szybko i jeszcze tylko podróż powrotna, która była chyba jeszcze cięższa od poprzedniej, ale na szczęście po Czarku spłynęła jak po kaczce. Na pewno ogromny wpływ na jego bardzo dobre samopoczucie nie tylko po podróży, ale także podczas samych zawodów miała możliwość codziennego korzystania z profesjonalnej derki magnetycznej, za którą jeszcze raz ogromnie dziękuję Pani Anecie Worontkiewicz z firmy Końskie Zdrowie ❤

 

I teraz wydaje się że jest to świetny moment aby wspomnieć o tych​ wszystkich rzeczach które zabrałam ze sobą na mistrzostwa. Przy okazji pakowania się na Woodstock zdałam sobie sprawę, że de facto nie mam koszulek które mogłabym wziąć ze sobą, bo w życiu codziennym dosłownie cały czas chodzę głównie w koszulkach Eskadronu. Podczas Mistrzostw było dokładnie tak samo oprócz treningów na których musiałam nosić kadrowe polówki. Pomimo tak mocnego użytkowania koszulek Eskadronu od pierwszego dnia gdy tylko wpadły w moje ręce wciąż trzymają się świetnie!!!

Zwykle też przed ME kupuje się sporo rzeczy “na specjalne okazje”. Pamiętam, że przed Białym Borem kupowałam frak jaskółkę ściągany specjalnie dla mnie z Niemiec (rozmiar 80), czy szyłam na miarę oficerki Hippiki (pierwsze moje oficerki). Również w tym roku były zakupy, ale jakoś się tak stało, że wiele z tych rzeczy dotarło do mnie dosłownie w ostatniej chwili, więc pierwszy raz miałam je na sobie w Irlandii. Oprócz wielu przydatnych rzeczy takich jak zapasowe kalosze dla konia Eskadronu, derka siatkowa czy zapasie nowych uwiązów, które jak sami wiecie ciągle magicznie znikają, miałam też ze sobą nowe, cienkie, letnie bryczesy konkursowe PIKEUR AUDREY GRIP. Od poprzednich modeli różnią się materiałem, który jeszcze jeszcze cieńszy, taki nieco lejący i elastyczny. Nieco się obawiałam czy nie będą zbyt prześwitujące na pupie,  oraz czy gripowe napisy na leju nie będzie się coś z nimi dziać po kontakcie z siodłem, lub praniu. Okazuje się że w obu przypadkach obawy się nie sprawdziły, za to w praktyce okazało się, że bryczesów się zupełnie nie czuje, dzięki czemu są mega wygodne no i oczywiście przewiewne. Ich wytrzymałość będę jeszcze testować, bo trudno stwierdzić po jednych zawodach, ale raczej zapowiada się bardzo dobrze 😉

Chciabym też wspomnieć o nowych butach FREE JUMP LIBERTY XC BLACK i miniczapsach FREE JUMP LIBERTY AIR, które zakupiłam na potrzeby krosu aby mieć coś wytrzymałego i wygodnego. Dotarły one do mnie tydzień przed zawodami. Było to z mojej strony trochę nierozważne, bo większość osób które mają oficerki wie, że powinno się je najpierw rozjeździć żeby w ogóle dało się pracować nogami, ale nie w tym przypadku. Trening skokowy jeszcze w stajni u Janka był pierwszym na który założyłam te buty i szczerze mówiąc byłam zachwycona jak są wygodne! Widziałam też komentarz w którym ktoś z Was zwrócił uwagę na stabilne łydki podczas skoków… I właśnie w tym cała magia! Ten komplet sztylp i sztybletów które wyglądają jak oficerki dosłownie zasysają Cię w siodle, dzięki czemu czujesz się w nim mega stabilnie. Wcześniej słyszałam wiele dobrych opinii na ich temat, a nawet zresztą od Marcela usłyszałam, że jak w nich pojeżdżę to nie będę już chciała w żadnych innych, ale mu nie do końca wierzyłam. Myliłam się 😀

No i ostatnią magiczną rzeczą, którą dostałam do wypróbowania podczas tych zawodów była podkładka pod siodło marki Winderen. Sami wiecie jak wygląda moja sytuacja z siodłami, sprzedawca też sprzedał mi podkładki które miały pomóc, a nie pomagały. Zgodziłam się przyjąć tą do testowania, bo wiedziałam, że Janek ją chwali, a także Ola Schulz i kilka innych osób wyrażało pozytywne opinie. Obecnie moje siodła mimo poprawek wciąż nie do końca pasują, tak więc naprawdę ta podkładka uratowała mi w Irlandii tyłek, a Czarkowi plecy... Nie mogę Wam zdradzić za dużo szczegółów, ale z tego co wiem cała magia tkwi w jej budowie. Składa się z trzech warstw, z czego każda ma bardzo specyficzną funkcję. W każdym razie ostatecznie rozprowadza ona lepiej ciężar, dzięki czemu niweluje się punktowe uciski na plecy konia, a dodatkowo jest na tyle elastyczna na całej swojej powierzchni że potrafi się dopasować do siodła. Jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć więcej o tej technologi można poczytać na ich stronie: https://www.winderen.com/ 

Na początku podchodziłam do tych informacji sceptycznie, wydawało mi się to zbyt piękne aby było prawdziwe, szczególnie że miałam już do czynienia z wieloma podkładkami, które w większości były bardzo dobrze reklamowane, ale nieskuteczne. Dlatego postanowiłam ją wypróbować i do tej pory zdaje genialnie egzamin. Oczywiście zobaczymy czy wystąpią długoterminowe efekty, czyli np. rozbudowanie mięśni pleców (co zależy oczywiście też od mnóstwa innych czynników, ale bez komfortowego siodła dla konia nie wystąpi), ale jak na razie podpisuję się pod nią bez wahania. 

 

 

Pisałam już o tym na fb, ale na koniec chciałabym jeszcze raz ogromnie podziękować wszystkim, którzy pomagali i wspierali w przygotowaniach i samym starcie na tegorocznych Mistrzostwach Europy! W szczególności moim terenerom Gosi Pawłowskiej, Piotrowi Kulikowskiemu, Andreasowi Dibowskiemu i oczywiście Jankowi Kamińskiemu, z którym pracuję od dwóch lat i który oczywiście czuwał nade mną podczas tych zawodów. Całemu teamowi, kierowcom koniowozów, dzięki którym bezpiecznie dotarliśmy na miejsca, Pani psycholog Marzannie Herzig, za wsparcie psychologiczne i jeszcze wielu innym. Oczywiście całej mojej rodzinie w tym moim największym pomocnikom czyli mojej mamie Alicji Cybulskiej ( i jeszcze za piękne zdjęcia <3) cioci Marzenie i wujkowi Calvinowi Walden, bez których jak zawsze mówię moje jeździectwo by nie istniało :*** No i Wam wszystkim za ogromne wsparcie i kibicowanie, które na prawdę uskrzydla!!!
W ten oto sposób skończyłam chyba najdłuższy wpis mojego życia! Trzy godziny siedzenia pod budką Play i zrobione 😉
Życzę Wam miłego weekendu, a ja tymczasem lecę korzystać z moich wakacji 😁

Komentarze

13

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.