Strzyżonko!

Jeszcze wczoraj wieczorem kombinowałyśmy z mamą nad znaczkiem który zrobimy Sojuzowi. Myślałyśmy nad smokiem, płomieniem, supermenem, “s” w płomieniach, “s” płonące, “s” zebrzaste, samej zebrze… Okazało się jednak, że żeby mieć taki wzorek na koniu, trzeba sobie samemu zrobić szablon, tak więc z miejsca odpadł smok, i w wszystko co płonie. Stwierdziłyśmy że zebry niezbyt będzie widać a supermen jest fajny ale strasznie popularny. Zresztą tak samo jak koniczynka. Mama mówiła coś o serduszku ale taki wielki koń, z przezwiskiem “smok” i serce na tyłku? Coś nie pasuje. Tak więc przystałyśmy na wycięciu samego “s”. I wreszcie mogłyśmy pójść spać…

Jak przystało na niedzielę koniecznie trzeba wstawać świtem, czyż nie? Jednak akurat dzisiaj nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ponieważ miałam spotkać się z moim “kucykiem”!!!

Gdy zajechałyśmy do stadniny ujrzałyśmy pięknego rumaka niczym najjaśniejszy klejnot przyćmiewający swym blaskiem nawet słońce. I wiedziałyśmy że to nasz koń, nasz najdroższy kucyk, nasz Sojuz. Wysiadłszy z auta, podeszłam do Niego i złożyłam chwalebny ukłon zwiastując że jestem nad wyraz rada z Jego widoku. Obwieściłam ową nowinę o Jego strzyżeniu i zaprowadziłam z wielką delikatnością by nie urazić Jego majestatu, do mosiężnej stajni… (to wpływ Władcy Pierścieni, postaram się opanować :))

Dowiedziałyśmy się od pani Kasi, która miała go strzyc ze ma być jak najczystszy. Było to ciężkie wezwanie, ponieważ akurat dzisiaj Smok chyba nie zważał na swój wygląd dlatego wytarzał się jak mógł. Czyszczenie trochę trwało, ale zdążyłyśmy go wyczyścić i stał gotowy czekając na przybycie Pani Kasi.

Do tego gdy zajrzałam do mojej paki i wyjęłam skrzynkę ze szczotkami okazało się że pod moją nieobecność umościły się tak myszy. Poznałam to po mnóstwie gówienek na podłodze. Super. Myślałam że uwolniłam się od nich w poprzedniej stajni, ale przyszły nawet tutaj. Zajrzałam do szuflady oczywiście tam też były i spostrzegłam problem. Cukierki w papierowej torebce a raczej to co z nich zostało. Od razu wyjęłam wszystko, zaczęłam segregować i czyścić.

Jednak po chwili usłyszałam że mama mnie woła więc musiałam zostawić moją pracę.

Gdy przyjechała pani Kasia ustawiłyśmy się przy gniazdku i zaczęłyśmy golić. Oczywiście najpierw trzeba było pokazać Sojuzowi maszynkę i podotykać go nią robiąc takie dziwne dźwięki “wwwwwwwwwwww…” co miało naśladować hałas maszynki gdy pracuje, żeby się przyzwyczaił i dopiero wtedy ją włączyć. Najpierw troszkę odskoczył, ale potem już stał spokojnie lecz czujnie. To był o tyle przełomowy moment, że gdyby nie dał się ogolić, trzeba by mu podać tzw pastę uspokajającą, po której nie mógłby tego dnia nic jeść, ani iść na padok, bo byłby śnięty. Na szczęście jego poprzednia właścicielka go goliła bez pasty, więc pewnie to już znał i stał bardzo grzecznie. Ustaliłyśmy ze ogolimy mu pół szyi, zostawimy brzuch i czaprak.

Gdybyśmy mu ścięły całą szyję musiałby mieć derki z kapturami żeby się nie przeziębił. A my takich nie mamy.

Najgorzej było z pachwinami ponieważ Sojuz ma straszne łaskotki więc cały czas trząsł swoją skórą co zdecydowanie utrudniało pracę. Następnie pokazałyśmy pani Kasi “s”, które zrobiłyśmy wieczorem. Pani Kasia odrysowała je na sierści Sojuza długopisem, a potem wstępnie ogoliła kontury. Smokowi zdecydowanie nie podobało się jak pani rysowała mu czymś wąskim na pośladku no ale cóż, chcemy żeby on był piękny to musi cierpieć :)

Musiałyśmy przenieść się w inne miejsce ponieważ na głównym korytarzu zaczął się robić duży ruch. Zrobiłam więc z nim krótki spacerek dookoła stajni, żeby nie wykręcać go tam w stajni.

Musiałam go zresztę powtórzyć kilkakrotnie ponieważ maszynka się zbytnio nagrzała i musiała ostygnąć, żeby nie parzyć konisia. Po kilku minutach zajęłyśmy się goleniem drugiej strony, a potem dopracowywaniem szczegółów w tym znaczka. A co do niego to trzeba było go wyrównać taką mini golarką która strasznie krótko goli. Wyszło na to że dookoła “s” jest jasny ślad z którym trzeba było coś zrobić. Stwierdziłyśmy więc że musimy zrobić z niego diament. Tak więc wyszło na to, że nasz koń ma na tyłku supermena, a raczej SuperSojuza:

Śmieszne było, że w czasie strzyżenia Smok odchylał się od maszynki tak, że czasem wyglądał, jak by miał się na przeciwny bok przewrócić :)

A oto finalny widok na ogolonego Smoka:

Po wszystkim z powrotem wypuściłyśmy go na padok “by mógł lśnić niczym diament”:

Jeszcze postanowiłam mu poprawić derkę. A jak do niego podchodziłam nadstawił uszka i czekał na mnie, a potem przeszukał moje dłonie w poszukiwaniu smakołyku:

Jak odchodziłam Smoczuś wciąż stał w miejscu i na mnie patrzył… How sweeeeeeet!

Został sobie na zielonym padoku i jadł soczystą trawkę i chyba się cieszył, że ta okropna przygoda ze strzyżeniem już się skończyła.

PS Jak widać mama naprawiła już aparat :)

Komentarze

17

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.