Szkoły nigdy za wiele, czyli jak działa niemiecka edukacja jeździecka

Hej wszystkim! Już bardzo dawno temu miałam w planach napisać post o szkole jeździeckiej, do której uczęszczam już ponad półtora miesiąca, szczególnie że byliście nią bardzo zainteresowani. Postanowiłam jednak zrobić to teraz z bardzo konkretnej okazji, a mianowicie dzisiaj będę miała MÓJ PIERWSZY EGZAMIN!!! :O Z końskiego przewodu pokarmowego, co dla osoby po biol-chemie nie powinno robić zbyt dużego wrażenia, ale ten niemiecki…

Zaczynając od początku:

Uczęszczanie do szkoły jest jednym z obowiązków każdej osoby robiącej tzw. “ausbildung”, w związku z czym jest ich bardzo wiele w całych Niemczech. Została ona wymyślona po to aby zapewniać każdemu gruntowną wiedzę teoretyczną, szczególnie że większość ausbilderów robi staż w stajniach prywatnych jeźdźców gdzie nie mają dostępu do wykładów teoretycznych czy kursów trenerskich tak jak w moim ośrodku. Zazwyczaj nie są to osobne budynki przeznaczone wyłącznie dla edukacji jeździeckiej, ale wynajęte kilka sal w zwykłych szkołach dla młodzieży. W przypadku mojej Josefschule, są to dokładnie cztery klasy, w tym jedna komputerowa oraz pokój nauczycielski. Klasy podzielone są ze względu na program nauczania uzależniony od długości wykonywania stażu. Zazwyczaj są to trzy lata, jednak dla osób które ukończyły szkołę średnią i mają maturę, jest on skrócony do dwóch lat. Interesujący jest fakt, że w związku z tym nie ma żadnych ograniczeń wiekowych, więc tak jak w przypadku mojej klasy w jednej grupie mogą być osoby od 16 lat do nawet 50 i dalej. Odnośnie planu zajęć to jak wiadomo naszym głównym obowiązkiem jest praca w stajni i trenowanie, tak więc dni szkolne zostały rozplanowane: w przypadku programu trzyletniego na jeden dzień w tygodniu, a dwuletniego na zmianę w jednym tygodniu jeden dzień w następnym dwa. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale aby można było utworzyć konkretne klasy i aby szkoła działała przez wszystkie robocze dni tygodnia uczniowie są podzieleni tak aby część chodziła chodzić w różne dni tygodnia. W przypadku mojego ośrodka część ludzi chodzi we wtorki i czwartki (między innymi ja), część w poniedziałki i środy, a część tylko we wtorki albo tylko w poniedziałki. Sprawdza się to całkiem dobrze jako nasza siódemka jest prawie jedynymi pracownikami w całym ośrodku, więc dzięki różnym dniom nauki wymieniamy się tak aby zawsze co najmniej trzy osoby były w pracy.

Klasa, w której odbywają się zajęcia z Ausbildungu.

Co do konkretnego planu zajęć i przedmiotów. Szkoła zawsze zaczyna się o godzinie 7.45 i kończy o 14.40, a zajęcia są rozplanowane w półtoragodzinnych sesjach pomiędzy (dwie lekcje po 45 min), którymi są przerwy dwa razy po 15 min i jedna 20 min. Naszymi głównymi przedmiotami, których uczymy przez całe trzy lub dwa lata są:

Ausbildung- przedmiot głównie skupiający się na zasadach jeździectwa, treningu koni oraz pobocznych sprawach pomagających w życiu codziennym jak np. budowa i zawartość paszportu czy pielęgnacja konia.

Futterung- nauka o budowie i działaniu przewodu pokarmowego, rodzajach pożywienia i zapotrzebowaniu organizmu końskiego.

Haltung- głównie obejmujący budowę szkieletową i mięśniową konia oraz wszystkie możliwe związane z nimi schorzenia

Betrieb- czyli budowa i prawidłowe funkcjonowanie ośrodka jeździeckiego

Reszta przedmiotów (przynajmniej z tego co się dowiedziałam od osób w wyższych klasach) się zmienia, a są to w większość typowe przedmioty dla zwykłych szkół jak angielski, niemiecki czy wf.

O, i jeszcze jedna ciekawostka, o której możecie nie wiedzieć. W Niemczech obowiązuje dokładnie odwrotny system przydzielania ocen, co oznacza że u nich 6 to najgorszy stopień, a 1 najlepszy :P I jeszcze jedna sprawa, o której się dowiedziałam czyli żeby dostać 5 (nasze 2) i zdać egzamin trzeba mieć co najmniej 50 %, co średnio rokuje dla mojego dzisiejszego egzaminu…

To by było na tyle z oficjalnej strony, a teraz trochę czas na moje własne doświadczenia :D

Gdy przyszłam do szkoły po raz pierwszy byłam pod ogromnym wrażeniem, wszystko wyglądał na zupełnie nowe, klasy bardzo dobrze wyposażone, każda w rzutnik przez który zwykle wyświetlamy notatki, albo zadania do zrobienia, ruchome tablice, no i oczywiście te stosy książek. Dodatkowo świetne wrażenie zrobili tez na mnie ludzie, zarówno uczniowie jak i nauczyciele, co prawda nie kryli swojego zdziwienia, dlaczego wpadłam na pomysł aby uczyć się w niemieckiej szkole nie znając niemieckiego, ale pomimo tego przyjęli mnie bardzo miło i zaopiekowali. Tak więc jak zwykle na początku wydawało się sielankowo…

Teraz, po prawie dwóch miesiącach, gdy oswoiłam się już z samym budynkiem i ludźmi, uczęszczanie do szkoły stało się po prostu kolejnym obowiązkiem, który w moim przypadku nie ogranicza się jedynie do tego jednego lub dwóch dni w tygodniu, ale do mnóstwa roboty na codzień. Zdecydowanie najbardziej czasochłonne jest tłumaczenie podręczników, które dosłownie zajmuje wieczność. Dodatkowo jak sami przyznali moi niemieccy koledzy z klasy, książki w większość napisane są językiem którego się w ogóle nie używa w codziennym życiu, co oznacza że poświęcam ogromną masę czasu na coś bardzo skomplikowanego, co ciężko zrozumieć, a dodatkowo nie rozwija mnie to odnośnie nauki języka. Dodatkowo boleśnie odczuwam fakt, że język niemiecki jest bardzo różnorodny i precyzyjny, co oznacza że nie dość że mają oddzielne określenia na dosłownie prawie wszystko to do tego jest ich kilka. Dlatego już nie dziwi mnie gdy w jednym akapicie znajduję cztery inne słowa, które po przetłumaczeniu okazują się dokładnie tym samym. No i jeszcze te ich słynne długaśne słowa, które najpierw trzeba podzielić na dwie lub trzy części, a potem jakimś ludem garnąc co mogą razem znaczyć. A dodajcie sobie do tego jeszcze np. dział o uzębieniu konia z tymi wszystkimi specjalistycznymi określeniami… Jak sami widzicie masakra…Na szczęście duża część nauczycieli bardzo lubi dzielić klasy na grupy, tak żeby każda obrabiała inny dział, robiła z niego notatki, które następnie są omawiane, poprawiane i na koniec lekcji każdy dostaje spis najważniejszych informacji z każdego działu. Z jednej strony ogromnie ułatwia mi to życie, ponieważ teoretycznie nie muszę już wtedy tłumaczyć podręcznika, ale z drugiej na samych lekcjach czuję się szczególnie bezużyteczna… W większości przypadków niezbyt mogę pomóc grupie, w związku z czym moim jedynym wkładem w pracę jest podpisanie się pod nią…

Moje notatki i notatki z lekcji:

Przynajmniej dobrą sprawą jest to, że podczas zajęć w których nie mogę za bardzo uczestniczyć z powodu języka, mogę przynajmniej tłumaczyć podręcznik na własną rękę co oszczędza mi część roboty wieczorami po pracy.  I w takiej sytuacji bardzo przydaje się starsza koleżanka z pracy, której jestem bardzo wdzięczna za pozwalanie mi korzystać z jej notatek i sprawdzianów z pierwszego roku nauki :* I mojej byłej współlokatorki, która z kolei pomaga mi przy pisaniu wszelkich prac i ogólnie w nauce języka :****

Jednak żeby nie było że wszystko jest takie złe, muszę przyznać że cieszę się że muszę chodzić do tej szkoły. Oczywiście że jest ciężko głównie przez język, ale zmusza mnie to do prawdziwej pracy, a tylko ona może na prawdę rozwijać. Dodatkowo dzięki tym lekcjom w końcu będę miała wszechstronna wiedzę teoretyczną, którą zawsze chciałam posiadać i która moim zdaniem jest niezbędna do zrozumienia funkcjonowania zwierząt z którymi pracujemy. Szczególnie jeśli ta wiedza jest tutaj dosłownie podana na tacy, a nie tak jak w Polsce gdzie trzeba się do niej dokopywać.

Moja nauczycielka od Ausbildungu, z mózgiem konia w słoiku. Zaskakująco mały! :O

I tym miłym akcentem, chyba zakończę ponieważ muszę lecieć do szkoły. Trzymajcie za mnie kciuki!

Komentarze

10

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.