Wreszcie w Baborówku

Wiem że mam ogromne zaległości na blogu i postanowiłam je nadrabiać od… wydarzeń najświeższych. Zatem najpierw o Baborówku, naszym treningowym starcie z zeszłego tygodnia, a potem postaram się nadrobić informacje o Sopocie, o tym co u mnie i jak w końcu zakończyła się sytuacja z Mistrzostw Europy. To co powinniście na tą chwilę wiedzieć, to że wróciłam już ze szkoły w Niemczech, mieszkam u siebie w domu i od jutra zaczynam studia na SWPS na kierunku psychologia :). Wrócę zatem do wydarzeń z zeszłego tygodnia:

Muszę przyznać, że do Baborówka jechało mi się z wielką przyjemnością, a wręcz uśmiechem na ustach. Jedna sprawa, że jest to zaledwie 300 km od mojego domu głównie autostradą… Po doświadczeniach z zeszłego roku gdy na każde zawody musiałam jechać minimum 700 km w jedną stronę, taka trasa wydaje się przyjemną przejażdżką. Lecz przede wszystkim ponieważ te zawody (i wydaje mi się, że piszę tutaj w imieniu większości zawodników i luzaków) zawsze kojarzą mi się bardzo dobrze :D Zarówno organizacja, bardzo sprawnie działające biuro, pomocni wolontariusze, jak i sama świetna atmosfera, której ukoronowaniem jest zawsze sobotnia impreza w magicznej stodole <3. A dodatkowo fakt, że jestem od tego roku członkiem klubu SJ Baborówko sprawił, że na prawdę nie mogłam się doczekać tych zawodów!

 

 

Baborówko Horse Sale Show miało być zawodami podczas których głównie skupimy się na pracy z Sagenhaftem, ponieważ miało to być już drugie podejście do CIC1* po felernym Maarsbergen. Zważając na to, że podczas poprzednich dwóch zawodów w krajowej P-tce siwy spisał się całkiem nieźle (wygrał…), a dodatkowo wiedząc, że zazwyczaj crossy w Baborówku są dość przyjazne stwierdziliśmy, że warto ponownie podejść do międzynarodowej gwiazdki właśnie tam. Tymczasem Czarek ma najważniejszy start przed sobą – za dwa tygodnie w Strzegomiu podchodzimy do długich trzech gwiazdek. Dlatego w Baborówku mieliśmy pojechać treningowo ujeżdżenie w 3* poza konkursem, ale z oceną sędziów.

Ostatnimi czasy miewałam różne problemy techniczne z moim koniowozem (co może potwierdzić chociażby jeden z naszych stajennych, który jeszcze w dzień wyjazdu pomagał mi wymienić jedno z kół). Raz jadąc na galopy kondycyjne do lasu złapałam taką gumę, że opona się dosłownie rozpadła. Po wymianie całego koła na nowe, złapałam kolejną gumę w tym samym kole w ciągu zaledwie tygodnia od poprzedniej awarii… Tak więc samo dojechanie w czwartek do Baborówka bez żadnych niezaplanowanych atrakcji uważałam za sukces :P Po rozpakowaniu i daniu konikom jedzonka przyszedł czas na treningi. Jako pierwszego wzięłam Czarka na lekki rozluźnieniowy trening, jako że dwa dni wcześniej miał galopy kondycyjne, a następnie Szymona już bardziej do ujeżdżeniwej pracy. Przynajmniej takie było założenie…

 

 

I tutaj muszę się na chwilę zatrzymać. Ostatnio miewam z Sagenhaftem małe problemy treningowe. Tak jak już wcześniej wspominałam nie należy on do łatwych koni, głównie ze względu na swój temperament. Bardzo często podczas zawodów przychodzą do mnie znajomi i chwalą, jaki to ładny koń, że wygląda na takiego co to się wsiada i jedzie… Nie biorą jednak pod uwagę faktu, że ja podczas zawodów staram się go nie prowokować i głównie dzięki temu koniś wygląda na takiego przyjemnego do jazdy. Niestety ostatnio mamy (mam nadzieję) tymczasowy kryzys. Zaczął się on po powrocie z wakacji i trwa chyba do teraz. Już wiele razy miewało się gorsze czasy i jest to absolutnie normalne, lecz w tym przypadku najgorsze jest to, że nie są one stabilne. Mam do czynienia niejako z dwoma końmi – jednego dnia jest genialny we wspłpracy, a drugiego nie wiadomo dlaczego nie da się na niego nawet wsiąść. I wydaje mi się, że właśnie w związku z tymi niekontrolowanymi zmianami ostatnio zaczęło mnie to po prostu irytować. A niestety jeśli ja jeżdżąc na tym koniu nie jestem w pełni skupiona, spokojna i konsekwentna w swoich pomocach to często, gęsto obydwoje kończymy trening niezadowoleni. Tak było i tym razem, kiedy to wychodząc ze stajni miałam nadzieję na przećwiczenie jakiś elementów z czworoboku, czego muszę przyznać nie za bardzo dało się robić wcześniej, a tymczasem skończyłam robiąc prawie przez cała jazdę przejścia galop/kłus…

 

 

Następny dzień miał być dniem czworoboków, z czego na pierwszy ogień miał iść Sagenhaft. Jak zawsze rozdzieliliśmy rozprężenie na dwie jazdy z czego pierwsza, ku mojemu zdziwieniu, okazała się bardzo udana. Oczywiście były momenty w których znów coś Szymka wytrącało z równowagi, ale na szczęście udawało mi się to przepracować zanim jeszcze weszło na niebezpieczny poziom. Tak więc nawet pomimo dość sporej ilości koni na rozprężalni udało nam się całkiem skutecznie przećwiczyć wszystkie elementy i o ile koniś był skupiony to z żadnym nie miał większych problemów. Tak więc z względnie pozytywnym nastawieniem zaczęłam przygotowywać się do konkursu (co swoja drogą bez mojej mamy jako luzaka okazało się nie takie proste do ogarnięcia :P) i prawie punktualnie wyjechałam na rozprężalnię. Pierwsza część pracy była całkiem ok, ale niestety pod koniec gdy zaczęliśmy już pracę w galopie pojawiły się lekkie problemy z jednej strony z odpowiadaniem na pomoce, a z drugiej na przereagowywanie gdy chciałam to poprawić. Niestety dało to się we znaki na samym czworoboku. Tak jak kłusy były na prawdę przyzwoite, zarówno ustępowania jak i rzucie z ręki wyszły całkiem nieźle, tak niestety galopy posypały się całkowicie. Szymon cały się wzdął i jechało się trochę jak na tykającej bombie. I tak jak w dodaniach nie spowodowało to żadnego większego błędu, tak w kontrgalopach już nie udało mi się tego powstrzymać. W obydwu zmieniliśmy nogę i do tego już prawie pod koniec więc nie miałam nawet już szansy na poprawienie tego… Tym razem na szczęście ocena sędziów nie oddawała tego jak mi się jechało, ponieważ nawet pomimo dwóch kardynalnych błędów uzyskaliśmy całkiem niezły wynik 32 pkt.

Przyszedł czas na Czarka. Od początku wiedzieliśmy, że ten przejazd będzie bardzo treningowym. Przez ostatni czas głównie skupialiśmy się na pracy kondycyjnej, przez co ostatni prawdziwy trening ujeżdżeniowy miałam jeszcze przed zawodami w Sopocie. Dlatego postanowiliśmy przy okazji przetestować coś innego, a mianowicie nasz system rozprężenia i tak dla odmiany wsiąść tylko raz przez przejazdem. Jak to zwykle Czaruś na początku jazdy wydawał się bardzo spokojny, a im bliżej było do wjazdu na czworobok stawał się tym bardziej pobudzony. A po wjeździe na arenę to już w ogóle mogłam się przywitać z Czarusiem sprzed roku… :P Już przy okrążaniu czworoboku było ciekawie, ale gdy jeszcze dostałam dzwonek tuż za zadem… W skrócie Czaruś odpuścił jedynie pod koniec drugiego ciągu i w stępie, a w reszcie dorównywał swojemu młodszemu braciszkowi. A najlepsze jest to, że oprócz małego zdewastownia płotków czworoboku i gigantycznego drugiego półpiruetu ten przejazd wcale nie wyglądał najgorzej… I znów wychodzi na to, że narzekam bez powodu :P

 

Po uzyskaniu ocen sędziów ze zdziwieniem odkryłam, że niemiecki sędzia ocenił mnie na prawdę dobrze! Pierwszy raz w życiu dostałam ocenę 8,5 za jeźźca! W takim razie, jak by mnie ocenił, gdyby czworobok był na poziomie z którego ja byłabym zadowolona? :P

 

 

Po tych jakże udanych przejazdach ujeżdżeniowych postanowiliśmy wraz z trenerem pójść na spacer na kros. I tak przy rozmowach o tematyce filozoficznej i egzystencjalnej przejście całej trasy minęła nam tak szybko, że zrobiliśmy to jeszcze raz. Ogólnie trasa krosu była dla mnie i Szymona jako prawie debiutantów w tej klasie zawodów wręcz idealna. Z bardzo przyjaznymi przeszkodami, kilkoma kombinacjami z pasującymi odległościami, po prostu tylko wsiadać i jechać. Jedynym pytaniem była tutaj rozprężalnia, na której spokojne przygotowanie się do startu często sprawiało nam problemy, ale na szczęście i w tym przypadku zostało to bardzo dobrze zorganizowane. ;)

 

 

 

Sam kros jechało mi się dość różnie. Do trzeciej przeszkody było fenomenalnie (a ja rzadko używam tego słowa), bo Szymek super odpowiadał na pomoce, skracał się przed przeszkodą nie tracąc energii… Ale potem przyszła przeszkoda numer 4 i cały ciąg kombinacji z wąskimi frontami, kiedy to z kolei nie miałam za dużo do powiedzenia, przez co tym trudniej było dopasować odskok… I tak jak w większości przypadków na filmach jakimś cudem nie widać właśnie tych złych momentów, tak tym razem dla wyrównania mama stała najbliżej właśnie tych przeszkód na których nam nie wyszło. Po etapie gdy kucyk musiał na prawdę się wygimnastykować aby przetrwać (a jednak nawet nie przemknęła mu przez myśl żeby spłynąć czy wyłamać, co już się ceni) w końcu trochę się zreflektował i do końca krosu było już całkiem ok. Tak więc po dojechaniu do mety z lekkim spóźnieniem miałam mieszane uczucia. Oczywiście z jednej strony byłam zadowolona z przejechania czystego krosu na tym poziomie. Lecz z drugiej nie wiedziałam co spowodowało taką nagłą zmianę w zachowaniu Shaggiego. Czy to ja się za bardzo spięłam, czy przerosła go trochę presja z mojej strony… Ale jako że ogólnie jestem już trochę zmęczona tym zastanawianiem się stwierdziłam, że tak się po prostu stało i trzeba żyć dalej…

 

 

 

Następnego dnia jakoś łatwiej się wstało tym świtem wiedząc, że udało naszej drużynie przejść do finału Mistrzostw Świata w siatkówce :P A tak na serio to czekało na nas przygotowanie siwego konia do przeglądu… Na szczęście udało się zminimalizować szkody poprzez wybranie prawie całego boksu poprzedniego dnia i założenie derki, tak więc o dziwo poszło nam to całkiem sprawnie, a wręcz byliśmy gotowi przed czasem :O

 

 

 

Skoki zaczynały się o 11.00, a ja startowałam jako 19. Już przechodząc z panem Piotrem parkour wiedziałam, że nie będzie on zbyt łatwy dla nas. Nie tylko z powodu dość kanciastych zakrętów i dość trudnego rysunku, jak na przykład przeszkody w poprzek krótkiej ściany. Moją niepewność przede wszystkim wzbudzała ta duża arena, z widownią i namiotami dookoła, furkoczącymi flagami i komentatorami mówiącymi przez głośnik… Rozprężenie przebiegło całkiem łatwo i bezpiecznie, jako, że postanowiliśmy zostać prawie do końca na pustej rozprężalni piaskowej, a na trawiastą weszliśmy de facto chwilę przed wjazdem na parkour.

 

 

 

Już objeżdżając całą arenę dookoła czułam co się święci… O dziwo Sagenhaft mniej bał się np. wielkiego białego namiotu odbijającego słońce, a znacznie bardziej ruszali go chodzący za płotem ludzie. W każdym razie przy najeździe na jedynkę w reakcji na moje półparady postanowił się lekko zrolować i raczej je ignorować, a podczas reszty parkouru pozostał przy tym drugim. Ogólnie i tak muszę przyznać, że wyszliśmy z tego całkiem nieźle, zarówno on jak i ja. Ostatnio gdy był w takim tanie skakał tylko i wyłącznie do góry, a teraz jednak udało nam się zachować względną płynność i okrągłość skoków. A mi z kolei udało się zachować nerwy na wodzy i jakoś przeprowadzić go przez ten parkour popełniając tak na prawdę tylko jeden błąd na przeszkodzie nr 6, kiedy to rzeczywiście pozostawiłam go bez decyzji (co skończyło się dość spektakularnie…). Co do ostatniej przeszkody, o którą również mało co się nie zabiliśmy, muszę to zostawić na barkach Sagenhafta, który po prostu nie chciał już się odbić z lekko dalszego dystansu nawet pomimo mojej aktywnej jazdy. I tak zarobiliśmy 16 pkt zdobywając mimo wszystko wynik kwalifikacyjny, czego nie udało się nam uzyskać przy poprzedniej próbie w Maarsbergen. Można to więc uznać za sukces :) Daleko nam jeszcze do ideału, ale przynajmniej praca w jakimś stopniu idzie do przodu ;)

 

Gamoń, ale przynajmniej ładny :D

Komentarze

6

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.