Wszystkie twarze Maarsbergen

Dzień dobry wszystkim! Wreszcie udało mi się znaleźć trochę wolnego czasu na napisanie wpisu w tym, niestety ostatnim już dniu zgrupowania w Maarsbergen. Można by pomyśleć, że w sumie czasu powinno być całkiem dużo jako że nasz grafik ogranicza się głównie do pracy w stajni, lecz nic bardziej mylnego. De facto wciąż się coś dzieje, a to trzeba zbudować parkour lub czworobok, potem samemu pojeździć albo przelonżować, pomóc innym w jeździe, ogarnąć wszystko w stajni, boksy, sprzęt i już wieczór i trzeba jechać na kolację. Dodatkowo wszyscy uczestnicy starają się jak najwięcej czasu spędzić razem, dopóki nie zaczną się wszystkie prace organizacyjne, stresy związane ze startami itd, więc wieczory również są w większości zajęte. Odnośnie zgrupowania to muszę powiedzieć, że własnie tego było mi trzeba. Najprościej mówiąc- wakacji z końmi.

 

 

Wreszcie był czas na zrelaksowanie się, a jednocześnie spokojne przygotowanie do zawodów. Idealny moment na zebrani sił przed ME. Dodatkowo zapewniono nam genialne warunki, zarówno w stajni gdzie mogliśmy korzystać ze wszystkich placów i prawie całego terenu ośrodka jak i w eleganckim hotelu, ze świetnymi pokojami, kawiarnią i genialnym żarciem.

 

Mieliśmy również dostęp do centrum sportowego z siłownią i basenem, a także w okolicy znajdowało się piękne jezioro. Brzmi to wszystko jak z bajki, ale niestety dzisiaj nasz pobyt już się kończy, ponieważ zgodnie z planem o godzinie 12.00 w nocy mamy wyjeżdżać do Francji na nasze najważniejsze zawody w roku!!!

Dużo działo się na Facebooku podczas zeszłotygodniowych zawodów w Maarsbergen, ale jestem Wam jeszcze winna komentarz z prawdziwego zdarzenia. W sumie jako że za chwile zaczynają się ME, zapewne powinnam rozpisać się bardziej na temat startów na Czarku, ale de facto nie ma zbytnio o czym.

 

 

Czworobok jechało mi się całkiem nieźle, starałam się być świadoma w mojej pracy na czworoboku tak aby być w stanie przepracować ewentualne usztywnienia czy utraty koncentracji. Oczywiście wkradło się kilka błędów, w tym na przykład zmiana nogi przy skróceniu w pierwszym galopie na lewo, czy lekkie zachwianie rytmu w drugim kontrgalopie… Jednak pomimo tego udało nam się całkiem dobrze zaprezentować, utrzymać równowagę pomiędzy aktywną jazdą w celu lepszego pokazania konia a rozluźnieniem i przepuszczalnością która umożliwiałam dobre technicznie wykonanie elementów. A na dodatek podczas większości przejazdu pamiętałam żeby się prostować! :D Odnośnie oceny (34pkt…) to muszę przyznać, że czułam się trochę zawiedziona, ponieważ sędziowie byli dość surowi, ale tak czy tak to tylko start treningowy…

 

 

Tego samego dnia po południu startowaliśmy również w konkurencji skoków. Szczególnie po tym co działo się na Sagenhafcie (o tym później) muszę powiedzieć, że tak jak zwykle jestem znacznie bardzie dumna z Czarka i tego jak mi pomaga, tak teraz mogę również być zadowolona z siebie. Oczywiście parkour nie był idealny, popełniłam dwa błędy w tym niepotrzebne dodanie jednej fouli w linii (ale po mocnym skoku na wejściu spodziewałam się, że Czaruś pociągnie mnie do następnej przez co musiałabym zrobić mocniejszą półparadę aby go przyhamować, ale okazało się że pozostał bardzo delikatny i ostatecznie zamiast 5 fouli zrobiliśmy 6…) no i standardowy podskoczek. Tak czy tak uważam jednak, że był to bardzo dobry przejazd w moim wykonaniu, ponieważ wreszcie miałam kontrolę nad tym co robię i jechałam aktywnie nie najeżdżając na przeszkodę z obawą tak jak wcześniej mi się zdarzało… Ostatecznie po skokach uplasowaliśmy się na 2 miejscu, ale niestety musiałam się wycofać przed crossem. Miejmy nadzieję, że podobnie będzie na ME ;)

 

 

I teraz przechodzimy do znacznie bardziej nieprzewidywalnej i emocjonalnej części wpisu, czyli startów na Szymonie. Co do ujeżdżenia to byłam bardzo zadowolona z kucyka, ponieważ wykonywał elementy w miarę poprawnie,  był skupiony, równy i pewny w tym co robi. Oczywiście nie był on też idealny, ale jak na stan jego przygotowania do zawodów i tak uważam że było bardzo fajnie. Najwyraźniej sędziowie się ze mną zgadzali ponieważ zostaliśmy ocenieni na 27.1 pk z bardzo miłym komentarzem od jednego z nich “nice combination” czyli “ładna kombinacja” odnosząca się do mnie i Shaggiego razem <3.

I tutaj niestety kończą się dobre wiadomości na temat tych zawodów, dalej było tylko gorzej. Odnośnie skoków to trzeba powiedzieć, że parkour był dość trudny jak na jedną gwiazdę, chociażby patrząc pełnowymiarowe przeszkody i potrójny szereg (którego z resztą jeszcze nigdy nie skakałam na Szymonie). Tak jak zapewne widzieliście na FB nasz przejazd wyglądał dość komicznie, ale tak na prawdę mi w pierwszych momentach nie było w ogóle do śmiechu… Przede wszystkim zawiniła tutaj rozprężalnia, na której był absolutny chaos (warto również zaznaczyć że podczas konkursu 2* już nie było tego problemu, ponieważ przypilnowali aby na łące rozprężali się tylko cztery najbliższe do startu pary, a reszta na placu kwarcowym). Nie dało się najeżdżać na przeszkody, ciągle ktoś ci zajeżdżał drogę, albo ty komuś. Dodatkowo była to łąka tak więc od czasu do czasu przechodzili przez środek jacyś ludzie albo stali dookoła i się gapili. A niestety mój koń boi się innych koni, tak więc nie dość że nie oddaliśmy prawie żadnego pewnego, dobrego skoku tak jeszcze dwa razy prawie staranowaliśmy ludzi stojących dookoła w ataku paniki. Stwierdzenie, że nie było kolorowo to zdecydowanie za mało, było po prostu niebezpiecznie. Gdy wjechaliśmy na parkour, fakt że wreszcie byliśmy sami na placu nic nie pomógł. Szymon patrzył się absolutnie na wszystko dosłownie tak jak podczas pierwszego crossu w Sopocie, kiedy to mało co się nie zabiliśmy. I całe to skakania nad stojakami zaczęło się od dwójki kiedy to uczucie było jakby miał go ten okser za chwilę zjeść. Tak jakby Sagenhaft stracił całą pewność siebie, że w ogóle jest w stanie dolecieć na drugą stronę…

 

 

Postem to już cały system się posypał i wyszła z tego jedna wielka tragedia, ale na prawdę nie dużo dało się zrobić. Na przykład w tym potrójnym szeregu wejście był całkiem niezłe, ostroga wbita, jeszcze do tego cmokanie i… i tak dwie foule na odległości 7,5 metra. Wyglądało zabawnie, ale nie było mi to śmiechu, szczególnie że następnego dnia czekał na nas ciężki kros, który jakoś musieliśmy przejechać…

Trasa krosu jak na pierwsza w życiu gwiazdkę była na prawdę trudna. Po pierwsze zmienny teren, raz w lesie raz na łące, część dużych, pełnowymiarowych przeszkód, dużo kombinacji po skosie, corner w kombinacji (którego jeszcze nigdy nie skakałam na Szymonie i nawet nie wiem czy on kiedyś skakał), więc ogólnie było się czego obawiać. Lecz i tak najbardziej bałam się o mój i jego stan psychiczny, ponieważ bez pewności siebie byłaby to walka o życie. No i niestety tak się stało. Niestety po raz kolejny podczas rozprężnia nie poszło po naszej myśli, po raz kolejny Shaggi dostał ataku paniki po tym jak po skoku ktoś nam zajechał drogę. Ja również już byłam na skraju załamania, ale jakoś nie byłam w stanie się poddać bez walki. I tak wystartowaliśmy. Tak jak się spodziewałam Szymon patrzył się na wszystkie przeszkody, gdy tylko chciałam go przygotować do skoku zaczynał pędzić i nie reagować na moje sygnały, w część przeszkód trafiliśmy w ogóle przypadkiem ratując się faktnem, że koń ma szybkie nogi, ale na prawdę niedużo więcej mogłam tam zdziałać. Starałam się go wspierać, klepać po każdej przeszkodzie, zachęcać głosem, kierować łydkami, ale jeśli on po prostu nie reagował, a nawet gorzej, bo kiedy coś poszło nie tak jak np. przy kombinacji przed wodą kiedy to postanowił tupnąć do obydwu przeszkód, wpadał w dziki galop z zadartym łbem i bez kontroli, pozostawało mi dosłownie tylko nakierować go na następną przeszkodę, zamknąć oczy i modlić się żeby zdołał się wyratować. Najdziwniejsza jednak z tego wszystkiego była jego zmienność. Po pierwsze odwalało mu głównie przy przygotowaniu do przeszkód i samych skokach, tymczasem w dystansie galopował dosłownie jak na przejażdżce po lesie. Dodatkowo w pewnych momentach miałam zupełnie dwa inne konie pod sobą chociażby patrząc na kombinacje wodne, kiedy to do pierwszej wjechałam bez kontroli, a drugą z zeskokiem do wody skoczył jak stary, doświadczony koń. Tak więc ogólnie i tak się cieszę, że mieliśmy tylko to jedno wyłamanie, ponieważ sumując na cały kros było może z pięć dobrze oddanych skoków… I najlepsze, że nie można powiedzieć, że pod względem krosowym przyjechaliśmy nieprzygotowani do zawodów ponieważ po świetnym krosie w Facimiechu, właśnie nad tym głównie pracowaliśmy i na treningach skakałam już bez problemu 1* kombinacje. I ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że konie nie mają charakterów…

Mój kros można obejrzeć tu od dwóch godzin i 43 minut:

Tak więc podsumowując z Czarkiem zapowiadając się całkiem ciekawe ME (odpukać w niemalowane), a z Sagenhaftem wracamy do podstaw dopóki nie poczuję, że obydwoje jesteśmy na pewno gotowi do zmierzenia się jeszcze raz z 1*, ponieważ to co wiem na pewno to to, że nie mam zamiaru po raz kolejny dopuścić do tak niebezpiecznego przejazdu jak w Maarsbergen.

A teraz zabieram się za pakowanie manatek do zbliżającego się wyjazdu na ME :)

Komentarze

14

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.