Zbierając siły

Dawno się już nie odzywałam, a tu mój świat znów wywrócił się do góry nogami. Już zaczęłam się przyzwyczajać do niemieckiego systemu, a tu do Polski trzeba jechać… i ponownie mam problem z wczesnym wstawaniem, a koniki chyba dostały lekkiej depresji po utracie wielkich, trawiastych padoków :P Dodatkowo okazało się, że moja siostra wybiera się na studia w Gdańsku w związku z czym wprowadziła się do mojego mieszkania. Teraz dzielimy te 32 metry razem i szczerze mówiąc jak na razie idzie współpraca idzie nam lepiej niż myślałam ;)

 

image

 

Jedną z rzeczy, o których nie opowiedziałam jeszcze z czasów pracy w Niemczech jest mój ostatni trening skokowy z Trenerem. Jak zwykle na obydwu koniach zaczynaliśmy od indywidualnej rozgrzewki, cavaletek, małych przeszkód i szeregów do całego parkuru, który w przypadku Czarka sięgał około 130 cm :D Na pierwszy ogień poszedł Scotty, który na początku treningu był trochę biedny z powodu mojej chaotyczności, która z kolei wynikała z chęci zrobienia dobrego ostatniego wrażenia oczywiście z odwrotnym skutkiem. Na szczęście zdążyłam się ogarnąć przed rozpoczęciem skakania wyższych przeszkód, chociaż do końca nie udawała mi się np. jazda po lini prostej, co zwykle nie sprawiałoby żadnego problemu. Ogólnie Scotty skakał bardzo dobrze mimo, że na początku nie był do końca skłonny przyjąć kontaktu, co również odbijało się na przepuszczalności, zaangażowaniu zadu itp. Pod koniec jednak gdy miałam już za zadanie przejechać cały parkour Timon zaczął się zaokrąglać i respektować moją rękę dzięki czemu również w końcu mogłam wyegzekwować energiczny galop bardziej pod górę i wtedy już kucyk skakał super :D. Podczas następnej jazdy na Czarku jeździło mi się wręcz genialnie i najwidoczniej wyglądało to równie dobrze, ponieważ Dibo był bardzo zadowolony. Jadąc cały parkour nie zauważyłam nawet jak duże stały się te przeszkody, dopiero po skończeniu podczas objeżdżania placu zdałam sobie sprawę, że niektóre sięgają nawet 130 :D Niestety Dibo od razu po moich treningach musiał wyjeżdżać na zawody, na które początkowo również miałam z nim jechać, ale stwierdziliśmy, że to byłoby by już zbyt wiele dla koni razem z transportem do Polski, tak więc nie było czasu na specjalne pożegnania, jedynie kilka końcowych wskazówek, wzajemne życzenie powodzenia i serdeczne podziękowania z mojej strony.

Jeszcze tego samego dnia wybrałyśmy się z dziewczynami Barbie i MJ po raz kolejny nad jeziorko tyle, że tym razem z zamiarem prawdziwego popływania z końmi. Odnośnie kwestii organizacyjnych ja postanowiłam jednak pozostać przy tradycyjnych bryczesach, ale dziewczynom najwyraźniej nie chciało się później męczyć z ich zakładaniem, więc ustanawiając nową, genialną modę założyły po prostu krótkie spodenki i oficerki. Do samej wody wybierałyśmy się w bikini i oczywiście bez siodeł co ujawniło przede mną niechlubną prawdę- zupełnie nie mam równowagi na koniu na oklep… :P. Co prawda ostatecznie nie do końca udało nam się popływać, ponieważ przynajmniej w przypadku Timona, gdy zaczynał on tracić grunt spod nóg wpadał w lekką panikę, dlatego postanowiłam na spokojnie i powoli wprowadzać go na coraz głębsze rejony i gdyby nie ograniczony czas zapewne udałoby nam się prawdziwie popływać. I tak uważam, że kucyk jak na pierwsze starcie z tak głęboką wodą był mega dzielny, a dodatkowo bardzo mi ufał co chyba sprawiło mi największą satysfakcję :)

 

image

image

 

Pod długich przygotowaniach, spakowaniu się i wielu pożegnaniach czas był wyruszać w drogę do Polski, która okazała się najdłuższą i chyba najbardziej pechową jako dotąd. Tak jak połowę drogi przez Niemcy przejechaliśmy autostradką kulturalnie w około 5h, tak po wjeździe do Polski byłyśmy zmuszone tłuc się po wiejskich drogach, a dodatkowo trafiłyśmy na dwie kolizje pod rząd, przez które straciłyśmy dobre kilka godzin. Ostatecznie okazało się, że jechałyśmy łącznie 14 godzin, co było jednak bardzo męczące zarówno dla ludzi w tym szczególnie mojej mamy, która prowadziła przez większość czasu, nie mówiąc już o biednych koniach. Na szczęście udało nam się dojechać cało i zdrowo, niewątpliwie po takiej podróży konikom należał się co najmniej jeden dzień odpoczynku, który ja z kolei mogłam poświęcić na sprzątanie rzeczy rzuconych bezładnie po przyjeździe w siodlarni ;)

Odnośnie pracy już na Hipodromie, to jak na razie nie było jej zbyt wiele. Niestety okazało się że Timon ma lekko nadwyrężone więzadło karkowe w związku z czym po dzisiejszym głębokim masażu ma mieć jeszcze jutro wolne, a co do Czarka to on też jakoś wydaje się nie być w najlepszym humorze… Co prawda podczas treningów nie ma się zbytnio do czego przyczepić, ale ogólnie wydaje się trochę sklapciały tak więc oprócz jutrzejszego i poniedziałkowego treningu ujeżdżeniowego z p. Gosią oraz skokowego z Jankiem we wtorek postaram się go nie przemęczać. Niech zbierają siły na Mistrzostwa… ;)

image

Komentarze

13
  • ASIA

    “trochę sklapciały”–> Uwielbiam to słowo Gosiu, hihihi :D
    Wszyscy trzymamy kciuki za Mistrzostwa!

    Odpowiedz
  • konik6628

    Zazdro jeziorka z konisiami :D

    Odpowiedz
  • ewelinakonie

    z ciekawości masz prawo jazdy ?

    Odpowiedz
  • justii

    to będziesz miała ciekawie z siostrą :) nie przeszkadza jej zapach koni? moja siostra chce mnie zabić za jakiekolwiek ślady zwierząt w jej pobliżu :p

    Odpowiedz
  • Patrycja

    Hej bardzo podoba mi się twój kask i mam takie pytanie w jakim jeździsz modelu Chalsen Owen ?

    Odpowiedz
    • Ania

      Kaski Charles Owen są pozbawione wentylacji. Nie polecam, chyba, że chcesz się usmażyć :P
      Kaski firmy Samshield są w podobnej cenie, a według mnie 1000 razy lepsze. Przede wszystkim są bardzo wygodne. W przeciwieństwie do kasków Charles Owen, są warte swojej ceny. Oczywiście mówimy tu o eleganckich kaskach Charles Owen takich, jak ma Gosia. Kaski krosowe nie są najgorsze, ale ten model co ma Gosia jest beznadziejny. Przynajmniej ja tak uważam. Zero jakiejkolwiek wentylacji. Latem można się usmażyć. Ja tam polecam kaski firmy Samshield, duża róznica, oczywiście tylko na plus! :) Dużo zawodników przerzuciło się też z kasków Charles Owen na Samshieldy i z tego co widziałam to są bardzo zadowoleni :)
      TOBIE GOSIU JAK SIĘ JEŹDZI W TYM KASKU? :) Jestem ciekawa Twojej opinii. :)

      Odpowiedz
      • zebrazklasa

        Chyba jednak nie mówimy o takich samych cenach. Kaski Samshield kosztują ponad 2 tys, a czasem ponad 3, a ten który mam ja 800zł… Dlatego za te pieniądze jeździ mi się dobrze, spocić się i tak spocisz…

        Odpowiedz
        • Ania

          Kaski Samshield można kupić za 1 180 zł ( https://www.equishop.com/pl/kaski-meskie/2929-kask-shadowmatt-granatowy.html ) :)
          Różnica w cenie nie jest olbrzymia, a moim zdaniem różnica w kasku ogromna. Jeździłam w obu kaskach i naprawdę mocno czuć różnicę. Oczywiście są różne kaski Samshield. Niektóre kosztują nawet ponad 3 tys. Tak naprawdę cena często zależy od ilości kryształków :P Ja tam polecam, najwygodniejsze kaski na świecie! :)

          Odpowiedz
          • Horsik

            Ja swojego samshielda kupiłam za 920 zł na przecenie ;) W kasku Charles Owen co prawda nie jeździłam, wiec na jego temat się nie wypowiem, ale zgodzę się z tym że samshieldy są bardzo wygodne i bardzo dobrze chronią głowę. Uwielbiam swój kask, jak dla mnie najlepszy. Jakbyś Gosiu kiedyś wymieniała kask to ci serdecznie polecam. Moim zdaniem warto w niego zainwestować. Pozdrowienia dla ciebie i kucyków :)

    • zebrazklasa

      Nie pamietam jaki, ale one są podobne np Fiona jest podobna.

      Odpowiedz
  • nela

    no to super, zawsze to raźniej :)

    Odpowiedz
  • kasia

    zazdroszczę takiej pasji :)

    Odpowiedz

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.